Wracanie wrocławskie

Piękny Wrocław opuszczało mi się nader pechowo i – przyznaję – nad podziw bezmyślnie z mojej strony. Około 11 rano Ciq odprowadził mnie aż na szosę wylotową, gdzie postał ze mną trochę. Chwilami pomachiwał nawet na nadjeżdżające samochody. Przez moment staliśmy, jeden za drugim, z wyciągniętymi kciukami, dokładnie tak jak za starych, dobrych czasów, kiedy przemierzaliśmy Krainę razem we wszystkich kierunkach.

Kilka razy się żegnaliśmy, ale stary druh nie mógł jakoś się zabrać. Ja też jakoś nie mogłem powiedzieć mu, żeby już szedł, bo przeszkadza łapać. Zresztą nie chciałem, żeby szedł. Moim marzeniem było, żeby się ktoś zatrzymał właśnie teraz i żeby Ciq nagłym porywem zabrał się ze mną, zostawiając za sobą niedokończone książki i nienapisane prace.

W końcu jednak oddalił się, a ja nie mogłem niczego złapać przez dobre dwie godziny. Słońce wypalało mi oczy, przyzwyczajone do światła 25-watowych żarówek w kanciapie, gdzie tymczasowo pracuję i od pół roku nieoswojone z zielono-błękitnym słonecznym dniem. Próbowałem praktykować medytację skupiającą przez liczenie oddechów, ale tylko raz w ciągu godziny udało mi się doliczyć do dziesięciu. Łapałem się tylko na tym, że stoję oparty o latarnię, z głową przytkniętą do jej stalowego słupa, wyciągając od niechcenia rękę.

W końcu wdrapałem się do autobusu PKS i kupiłem bilet do Kalisza za 17 zł. Opadłem na siedzenie i zasnąłem. Kiedy oprzytomniałem, zdałem sobie sprawę, że mogłem przecież skrócić podróż o połowę, zaoszczędzić pieniądze i wysiąść znacznie bliżej Radomska, za Oleśnicą, gdzie niegdyś widziałem najpiękniejsze dziewczyny na świecie i nocowałem samotnie w sadzie aronii. Było już jednak za późno. Przede mną rozciągało się starodawne miasto Kalisz, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy.

Starodawne miasto Kalisz okazało się bezkompromisowym zadupiem komunikacyjnym. Na dworcu PKS rozłożono bezradnie ręce, kiedy powiedziałem, że chcę do Radomska. W informacji PKP dowiedziałem się natomiast, że mogę pojechać przez Łódź. Kupiłem więc bilet. Kosztował 37 zł. Popatrzyłem na mapę. Ponad 200 kilometrów. Tyle, ile wynosi najkrótsza droga do Radomska z samego Wrocławia. Natomiast kilometry, jakie przemierzyłbym dziś, wybierając drogę przez Łódź, starczyłyby aż do Lublina. Wydałem już 54 zł. Zostało mi zatem 150, a musiałem zapłacić 108 za mieszkanie. Ogarniała mnie złość na samego siebie. Napisałem smsa do Karolinki, że chyba powinno się mnie puszczać nigdzie bez mamy. A potem nagle puknąłem się w czoło i przed samym odjazdem pociągu oddałem bilet. Potrącono mi niecałe 4 złote.

Wylotówka była na drugim końcu miasta, pojechałem więc autobusem. Udało mi się zatrzymać młodego, sympatycznego dostawcę słodyczy, podróżującego starą, rozklekotaną ciężarówką zrobioną z powypadkowego busa. Próbował rozkręcić rozmowę, ale ja chyba byłem zbyt zakręcony, żeby mu się to udało. Nie chciało mi się otwierać ust. Przed samym Sieradzem, gdzie miał mnie wysadzić kierowca, na niebie pojawiła się tęcza. Tworzyła ogromny, kolorowy łuk nad drogą i przepięknie pokolorowanymi słońcem polami i lasem.
- To dobry znak dla jadących tą drogą – powiedziałem.
- Zaczyna padać – odrzekł chłopak.
- O cholera…

Nie padało jednak. Wszedłem na szosę wylotową z Sieradza w pełnym słońcu. Marzyłem o kojącym kremie do powiek, obiecując sobie, że gdy tylko dojadę do swojego miasteczka, kupię sobie taki. Minąłem przystanek MPK pełen ludzi i ustawiłem się ok. 20 metrów dalej w zatoczce dla PKSów. Było już w pół do dziewiętnastej, a przede mną długa droga.

W ciągu godziny bezskutecznego naciskania kciukiem zawieszonego w powietrzu guziczka autostopu, tłumek na przystanku MPK rozrzedził się nieco. W końcu pozostała tam jedynie dziewczyna o wspaniałej sylwetce i długimi nogami i jej chłopak. Z początku machali tylko na busy, potem już na wszystko, co się ruszało. Po kolejnych trzydziestu minutach dołączyła do nich żwawa kobitka w średnim wieku, która robiła wszystko, żeby nie było mnie widać z pędzących 80 km/h aut. Wyłaziła na szosę i co chwilę oglądała się na mnie, czy nadal tam stałem. A ja stałem, myśląc już raczej o tym, czy iść spać za miasto, czy na stację, niż o dalszej drodze. Żałowałem, że nie ustawiłem się od razu tam, gdzie teraz byli oni.

W końcu zatrzymał się tam jakiś TIR, który zabrał zarówno parkę, jak i kobitkę. Kiedy przejeżdżał koło mnie, nie patrzyłem mu w szybę. Nie chciałem widzieć ani zadowolonych, ani współczujących min. Nie chciałem też, żeby w moich oczach zobaczono irytację lub rozczarowanie, nawet maskowane uśmiechem, na który nie chciało mi się silić. Pozostawili mnie w tumanach kurzu pod blaskiem półksiężyca.

Mogłem się teraz przenieść na przystanek MPK. Myślałem, że tego wieczoru już nikt nie będzie łapał okazji. Myliłem się jednak. Konkurencja dopiero się zaczęła. Kiedy już całkiem się ściemniło i w blasku reflektorów i mroku nocy nie dało się dostrzec twarzy kierowców, pojawił się jakiś chłopaczyna, pytając, czy nie widziałem autobusu do Zduńskiej Woli. Bardzo się zdumiał słysząc, że żaden autobus nie przejeżdżał tędy co najmniej od godziny. Mimo to miał nadzieję, że tak zwana „zetka” pojawi się jeszcze i usiłował mnie przekonać do tego, żebym jechał razem z nim. Że niby tam łatwiej mi będzie coś złapać. Stawał ciągle naprzeciw mnie i trajkotał, mimo mojego zdecydowania co do pozostania tutaj i upartego czekania na okazję, mimo mojej niechęci do marnowania ponad trzydziestu minut we wlokącym się autobusie. Dopiero, gdy poprosiłem go, żeby nie zasłaniał mnie kierowcom, usiadł na ławce, nie przestając jednak rysować przede mną olśniewająco optymistycznych scenariuszy autostopowania w Zduńskiej Woli, która była tylko kilka kilometrów stąd, wciąż na tej samej, pechowej dla mnie trasie.

Po chwili zjawił się drugi gość, równie młody. Chytrość wyzierała mu z oczu, gdy rozpytywał nas o to i o tamto, proponował mi jakąś zawiłą drogę przez Częstochowę, myśląc chyba, że zupełnie nie orientuję się w sieci dróg na tych terenach. Jednocześnie łaził tam i z powrotem i kiedy tylko jakieś auto migało kierunkowskazem, by skręcić w znajdującą się tuż za nami boczną alejkę, przerywał wywód i rzucał się w tamtą stronę. Kiedy ktoś nadjeżdżał powoli i obiecująco w naszą stronę, cwaniaczek wyskakiwał tuż przede mnie i machał energicznie. Było jasne, że chce nas wykiwać i wepchnąć się jako pierwszy. Na szczęście nasz towarzysz siedział dalej na przystanku, czekając na swoją „zetkę” i nie brał udziału w przepychankach.

Nie zabrałem manatków i nie poszedłem gdzieś spać tylko dlatego, że zbyt wiele już razy poddawałem się autostopowemu brakowi kultury. Zbyt często współ-łapaczom opłacało się chamstwo i wpychanie się przede mnie, a ja miałem wyrzuty sumienia, że na to pozwoliłem, upewniając zapewne niejednego, że agresywne metody skutkują lepiej niż zwyczajne, kulturalne „cześć” i „powodzenia”, umawianie się na ewentualne dodatkowe miejsce w samochodzie oraz ustawianie się kilkadziesiąt metrów za tym, który stał pierwszy.

Udawałem, że moje bagaże są cięższe niż w rzeczywistości, a ja jestem nadzwyczaj powolny. Poruszałem się powoli, jednocześnie będąc gotów na szybki i zdecydowany manewr. Trwałem tak, oddychając równo, jak samuraj na posterunku. Tymczasem nie wiadomo skąd pojawiło się przed nami młode dziewczę, które, zignorowawszy nas, stanęło dziesięć metrów przed nami i też zaczęło machać. Wciąż byłem zdecydowany wytrwać i pojechać dalej, choćby i do tej Zduńskiej Woli, przepuszczając wyłącznie owo dziewczątko, które w ogóle nie powinno o tej porze tu stać.

Nagle dziewczę złapało osobówkę. Nim cwaniaczek zdążył się zorientować, błyskawicznie, jedną ręką chwyciłem gitarę i plecak i już byłem przy aucie. Wyprzedziłem gościa o dwie sekundy, podczas których zdążyłem zapytać:
- Zmieszczę się i ja?
Dziewczę już bezpiecznie siedziało z tyłu po stronie kierowcy, zaś cwaniaczek wsadził bezczelnie do auta głowę, a za nią pół ciała, próbując przepchnąć się przede mną.
- Pan do Zduńskiej Woli? – zapytał.
Spłoszony nieco zamieszaniem kierowca odparł:
- No tak, ale ci państwo już jadą.
- A, to trudno… – poddał się cwaniaczek.
- Oby ci się udało zatrzymać kogoś uczciwie – rzuciłem mu, mając jednocześnie gorzką świadomość, że sam wykorzystałem poniekąd owo dziewczę, dla którego zatrzymał się nasz kierowca. Wyrzuty sumienia uspokoiła jednak świadomość, że oprócz mnie, wszyscy mogą wrócić sobie na piechotę do domu i przespać się w ciepłym łóżku, a majowa noc była zimna.

Oprócz nas, w samochodzie jechała też synowa naszego dobroczyńcy. Rozpoczęła dyskusję o autostopie:
- Ja kiedyś brałam ludzi, ale raz mnie jeden człowiek tak przestraszył, że już w życiu nikogo nie zabiorę.
- A co robił takiego? – zapytałem.
- Nooo, autostopowicz to chyba powinien zachowywać się tak, by nie stresować kierowcy, prawda?
- No pewnie. A co w nim było takiego stresującego?
- Nooo, bawiła się jakimś metalowym przedmiotem, nie patrzyłam co to, bo się zestresowałam.
- Może to nie było nic groźnego, tak się bawił, nie przyszło mu do głowy, że może panią zdenerwować na przykład…
- No, ale pan by się nie zdenerwował, jakby się ktoś koło pana w samochodzie bawił nożem czy kastetem?
Chciałem wtrącić, że może to była tylko zapalniczka, ale zauważyłem, że ja sam zaczynam już ją stresować, więc powiedziałem tylko:
- Bardzo bym się przestraszył.
- I jeszcze zapytał mnie czy może zapalić! W moim aucie, no! Po prostu bezczelny był i tyle.

W Zduńskiej Woli dziewczę poprosiło o podwiezienie pod blok.
- Nie rób już państwu kłopotu – wtrąciłem się. – Najwyżej ja cię odprowadzę, żebyś się nie wałęsała w nocy po mieście.
- Nie, dziękuję – roześmiała się. Towarzystwo z przodu również rozbawiła moja kwestia.
- Panu to pewnie o nocleg idzie, nie? – zapytał kierowca.
- Ech… – zirytowała mnie trochę sytuacja. – Jeśli mam być szczery, to nie lubię prosić kogoś, kto mi wyświadcza ogromną grzeczność i ufa mi, zabierając po zmroku z drogi, o coś takiego jak zawożenie pod dom. Autostop to nie taksówka. Ludzie Drogi – dodałem tajemniczo – powinni radzić sobie tak, żeby kierowca nie musiał zbaczać dla nich z trasy.
- Ee, jak już ten jeden raz kogoś wziąłem, to zrobię dobry uczynek i podwiozę – odparł kierowca. – Sam by pan wolał pewnie, żebym go zawiózł na dworzec, nie?
Zaprzeczyłem uprzejmie i nie odzywałem się więcej, widząc, że mogę być posądzony jedynie o interesowność. Dopiero potem, orzeźwiony świeżym powietrzem nocnego miasteczka, pomyślałem, że to dziewczę nie miało żadnego powodu do tego, by mi ufać. Odprowadzenie do domu mogłem zaproponować normalnej autostopowiczce, a nie dziecku, które miało najwyżej 14 lat i nie powinno w ogóle wystawać po ciemku na szosie, do czego zresztą, jak wynikało z jej opowieści, zniechęcała ją babcia, od której wracała. Kiedy już jednak się tu znalazła, trzeba ją było odwieźć najkrótszą drogą do domu, co też słusznie uczynił kierowca.

Mnie również odwieziono prawie pod sam dworzec. Była tam mała, przytulna poczekalnia, w której wspaniale by się spało, gdyby tylko pozwoliła na to kasjerka. Przypomniałem sobie taki nocleg na dworcu PKS w Lesku kilka lat temu. Czytanie książki przy latarce, cisza, przyjaźnie zdziwieni poranni podróżni, a potem poranna droga przez górskie mgły w głąb bieszczadzkiej krainy. To jednak nie były Bieszczady, a ja chciałem być jak najszybciej w Radomsku. Zdecydowałem się na jazdę za 25 zł. przez Łódź. Nie udało się uniknąć nadrabiania drogi przez tę lokalną metropolię, która górowała nad rozsianymi jak gwiazdy pomiędzy Śląskiem, Wielkopolską a Mazowszem miasteczkami, wsiami, stacjami benzynowymi i motelami. Gdzieś tam wśród nich mieściło się moje poddasze.

Do Łodzi powinienem był trafić już w marcu, kiedy odbywała się Yapa. Powinienem był wtedy poznać jeszcze lepiej ulicę Piotrkowską, ludzi z Zapiecka, yapowy ludek o wielkich sercach, milczących i rozśpiewanych miłośników Boba Dylana i kilka nowych piosenek. Musiałem jednak złożyć daninę bogom wolnego rynku, urządzając się nieopodal przyszłych, ewentulnych jeszcze wówczas źródeł dochodu. I stało się tak, że to właśnie dziś mgliste światełka kamienic mrugały do mnie zza neonów Geanta czy innego Carrefoura, mieszczącego się przy Dworcu Spotkań – Łodzi Kaliskiej.

Dotarłem do Radomska po północy, ok. 13 godzin po tym, jak opuścił mnie Ciq. I tylko ktoś, kto traktuje autostop wyłącznie jako darmowy lub prawie darmowy środek transportu, może rzec, że co najmniej połowa tego czasu była zmarnowana. Mimo, że kląłem w myślach na czym świat stoi, wyczekując ruga godzinę przy szosie lub wykosztowując się na bilet, mimo, że oczy przestały boleć dopiero w nocy i mimo, że na nic już tej nocy nie miałem siły. Teraz, gdy emocje minęły, widzę to, co we mnie zostało po tej wyprawie. A są to same klejnoty, umieszczone w przebogatym i tak skarbcu. Tego, kto powie, że piszę bzdury, zapewniam, że choćby w jakikolwiek sposób robił nawet i tysiące kilometrów, zawsze tylko podróżuje. Nigdy nie jest W Drodze.

Zostaw komentarz