wniebowstępywanie

Nie jest to jakaś nadzwyczajna prawidłowość, że czasem trzeba zapłacić. Wszystko dzieje się zupełnie naturalnie. Jeśli idziesz do lasu po to tylko, by posłuchać swoich wymysłów, ciężki to będzie las i nie oderwie się kula tego czasu od skrawków twojej koszuli, rwąc ją i taszcząc się krok w krok za twoimi butami. W moim teraz przypadku przejawia się to bólem głowy. Boli za uszami, z tyłu, wszędzie tam – boli. To jest cudna mądrość natury, już w ten sposób musi mnie podchodzić i – jeśli nie poderwę się nagle, ciągnąć mnie będzie w dół i głębiej, głębiej, póki nie wyprostuję kolan i nie stanę na swoim. Powiedziałem – nie jest to NADZWYCZAJNA prawidłowość, zupełnie prosta sprawa, naturalna zupełnie i nie dziwi mnie ani kszty, że jeśli chodzi się do lasu po to, by słuchać swoich fantazji, swoich ego-fantazji a nie SIEBIE, który ukryty głęboko pod jakimś błędnym kołem, tak się kończy. U mnie teraz bólem. Nie widać nic z tego lasu, wszystko jak za mgłą, wszystko ocieka ciemiężnie, straszliwie i ciężko, i mimo że niebo jest błękitne, nie ma, nie ma nic. U mnie ten cudowny mechanizm zapłaty posunięty jest ponad wszelką subtelność i ciężkim kołem łamie mi kości. Tak trzeba. Wszystko jest tutaj cudownie wyliczone tak, by lufcik, który mi pozostanie, mienił się ledwo, powiedzieć można, że nie ma go, że jest uchem igielnym i NIC nie jestem w stanie poradzić, podczas gdy jest zupełnie inaczej i ja wiem o tym, to jest moje błogosławieństwo, że wiem. Że mogę, jeśli chcę – wyskoczyć z tego koła błędnego i pognać wysoko do góry, do nieba, do błękitnego.
Wiosna. Nie ma jeszcze liści na bukach i dębach, ani na innych liściastych drzewach, ale świerki skrzą się ciemno-zielonymi igłami, świeżymi jakby, chociaż starymi jak rok, przed miesiącem uśpionymi jeszcze pod grubą warstwą śniegu, teraz zaś roziskrzającymi zielonością błękitne przestrzenie nieba, które ponad nimi i niebiesko-popielate domeny przedwiosennego lasu, wyścielonego suchymi jak pieprz i szeleszczącymi z całej swojej siły jasno-granatowymi liściami dębu.
Mnie ciekła krew po wszystkich rękach, plecach, pod kurtką, koszulą, po nogach do butów, na ziemię. Od głowy. Oczami, nosem i z gardła. Może to straszne, ale tak było. I oczy zamglone tak… Nie był to dobry czas, żeby upaść na liście, czy na trawę – nie był to dobry czas, żeby spocząć pod drzewem, lub rozłożyć ręce i patrzeć w niebo, albo śpiewać. Próbowałem śpiewać, ale moje gardło nie miało siły, żeby ułożyć głos w naturalnych tonacjach melodii, którą starał się nieść. Nawet nie siliłem się, żeby go ku temu przekonać. Nie był to dobry czas.
Szelest liści pod mokrymi butami. Była tam podmoknięta łąka. Usiadłem przy biurku i zapaliłem świeczkę. W domu. W ścianach, godzina czternasta. Półmrok w moim północnym pokoju. Wyjąłem z kieszeni kawałek żywicy i włożyłem do małego aluminiowego pojemniczka, przebiłem go śrubokrętem i nadstawiłem nad płomyk tak, że żywica zaczęła bulgotać od spodu, zmniejszać się i zamieniać w płyn, który wypełnił pojemnik. Pokój rozpachniał się jak drewniana chatka, w której piecu trzaskają klocki świerku, przygotowane wcześniej w drewutni z tyłu domu. Tutaj nie było drewutni, tylko ten zapach, jak w leśniczówce w środku lasu.
Żywica zaczęła kipieć i przelała się, pociekła po zboczach świeczki, na których zastygła zaraz ciemno-brązowymi smugami.
Postawiłem pojemnik obok, wyjąłem śrubokręt i sięgnąłem po kubek kawy.
Co jest moim największym marzeniem? Żeby wejrzeć. Żeby wejrzeć i widzieć. Czarne fusy zazgrzytały mi między zębami, gorzko. CO widzieć? Prawdziwie zobaczyć się nie da NICZEGO oprócz samego siebie. Można oglądać drzewa, ale nie można poczuć drzewa. Można oglądać słońce, ale – jak poczuć słońce? Można się nim zachwycać, ale nie można być słońcem. Nie można być wiejską śródpolną spokojną szosą po horyzont, nawet tą ciepłą, taką, na której położyć się, rozłożyć szeroko ręce, przylgnąć, ani ziemią pachnącą, ani łąką, w którą można wniknąć cudownie, ucałować, kąpać się w trawach, ale nigdy BYĆ nimi. Nigdy. Bo one nie są człowiekiem. Są cudem, ale nie są człowiekiem. Z człowiekiem bowiem jest inaczej; można znaleźć lukę, maleńką lukę, maleńkie oczko i wyskoczyć na zewnątrz, wyskoczyć z błędnego koła, w którym się tylko płaci – powietrzem, krwią, która po plechach, brzuchu, nogach, leje się do butów i dziurami w podeszwie wlewa się do ziemi. Płaci się również mgłą za oczami, mgłą przed oczami i w głowie, i – pomiędzy drzewami, wszędobylską popielatowością się płaci, lepiej wychynąć.
W trawę wychynąć się nie da. Ani w las. Ani nawet w góry. Ani w małe beskidzkie wioski, ani w drewniane cerkiewki, ani w park i w ławki. Wszędzie tam jeśli wychynąć i – wszędzie tu – jeśli wychynąć – to tylko w siebie. Nie ma różnicy – gdzie. Zawsze jest bowiem jeden tylko kierunek – w siebie. I drzewa wydają się tą prawidłowość wspaniale rozumieć, rozmywają się we mgle, gdy starać się je poczuć, roziskrzają się natomiast wówczas, gdy starać się poczuć siebie – i stawia się krok poprzez ucho igielne. Rozstępują się chmury i las wypełnia się jaskrawością.
To tak jakby podniosła się mgła i wyszło słońce. Wszystko robi się kryształowo-przejrzyste…

2004

Wybacz, komentowanie tymczasowo zablokowane.