to był ciepły dzień

Kościan nie jest dużym miastem, nie wiem nawet jak wygląda, stoje gdzieś na rubieżach, ciemno. W tym miejscu rozpoczyna się pobocze, to najlepsze miejsce, żeby łapac samochód. Jest wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoi lampa, za mną jeszcze dwie i koniec – czarna głębia, w którą wbija się szosa do Leszna i dalej – do Wrocławia.
Kościana nie widać. Oprócz tych kilku domków, tam, w oddali. I drzewa. Kilometr wcześniej jest zjazd do miasta. Za mną pordzewiała siatka i jakaś opuszczona posesja. Widzę – stoi tam stara potłuczona szklarnia, dokładnie nie widać.
Nie ma jeszcze mroku, choć niebo jest granatowe. Na zachodzie jeszcze jakieś czerwone prześwity na niebie i ta lampa po drugiej stronie drogi. Macham.
Samochodów niedużo, od czasu do czasu przejedzie jeden lub dwa. Noc mogę przespać gdzieś tutaj po kątach tej szklarni, chociaż byłoby to straszliwe. Nie dlatego, że bałbym się czegokolwiek. Byłoby po prostu niesamowicie smutno.
Myślę sobie, żeby zajść do Kościana na stację PKP, zatrzymuje się tutaj pośpieszny z Wrocławia do Poznania (wiem – staje w Obornikach Śląskich, Żmigrodzie, Rawiczu, Lesznie, a potem w Kościanie). Osobowy też się zatrzymuje, chociaż pośpiesznym byłoby lepiej, około pół godziny pewnie, może mniej. Pewnie mniej – do Poznania. Wrócić.
Nie. Trochę smutno. Tak będzie lepiej, ale zatrzymuje się furgonetka. Biegnę ile sił. Wsiadam. I już – jedziemy.
-Dokąd jedziesz? – pyta kierowca.
Patrzy na tabliczkę, którą położyłem obok siebie na siedzeniu. Pewnie nie dojrzał w mroku na zewnątrz.
-Warszawa? – pyta zaskoczony.
Wertuję tabliczkę na drugą stronę i puknąwszy palcem w widniejący tam napis, mówię:
-Wrocław.
-Ja tylko do Leszna.
-W porządku.

*

Jadę autobusem. Poręcze skrzypią, pojazd podskakuje na wertepach. Jest wieczór kwietniowy, za oknem ciemno i brunatno od miejskich lamp. To Wrocław. Rzecz dzieje się we Wrocławiu.
Siedzę przy oknie. Wieje, rozglądam się – uchylony lufcik. Ciepła noc, pachnie, jest cicho. Zmęczona młodzież. To zazwyczaj studenci, wsiadają na przystankach, wysiadają, jest ich coraz mniej – autobus pustoszeje w miarę jak zbliżamy się na peryferia. Jest godzina 22:30.
Nikt nie rozmawia, wcześniej ktoś rozmawiał, ale już wysiadł. Zadzieram głowę do góry – klapa w suficie również jest uchylona, dzisiaj to był ciepły dzień. Czuję jak wzbiera we mnie poezja…
Wysiadam na moim przystanku. Noc wciąż jeszcze pachnie, idę radośnie, acz żwawym krokiem. Okolica jest pusta, to zwyczajny wieczór roboczego dnia. Dochodzi dwudziesta trzecia.
Mam sucho w gardle. Doskonale wiem czego mi brakuje. Wiem czego. Wchodzę do domu. Nikt mnie nie wita.
To jeszcze nie jest ten dom.

Wybacz, komentowanie tymczasowo zablokowane.