Ten kurewski kurpiowski świat

Jechałem stopem z Olsztyna do Zbójny pięknym granatowym minivanem. Wąska szosa prowadziła przez gęsty las.
– Tu tej trąby powietrznej są jeszcze ślady – rzekł kierowca. Mówił powoli i płynnie.
– Jakiej trąby?
– No tej! Nie słyszał pan? W dzienniku przecież mówili!
– A kiedy to było?
– Tak nieco ponad tydzień.
– To ja nie wiem nic co się działo wtedy. Od jakiegoś miesiąca jestem w ogóle poza.
– Była trąba! Cała moja wieś zniszczona została!
– Hmm. To dziwne trochę. Trąba powietrzna w Polsce…
– To już druga! Poprzednio to była tu sprawa przecież wielka, co gościa razem z kiblem porwało. Siedział gość w wygódce i porwało go razem z wygódką. Jeszcze całe gówno stamtąd wessało – kierowca wciąż mówił powoli i płynnie. – Nic się nie stało facetowi. Wyrzuciło go z kilkaset metrów dalej. Taki obsrany siedział na polu, cały w tym gównie, aż wstydził się do domu wrócić!
Roześmiałem się.
– Pewnie przez sekundę co najmniej miał taką myśl, że wolałby umrzeć!
– Pewnie tak!
Przez chwilę panowało milczenie. Przerwał je kierowca:
– Ta trąba przeszła przez moje podwórko i porwała plandekę, którą przykrywaliśmy pomidory. Moja żona trzymała ją z całej siły, ja mówię: „Puszczaj!”, bo przecież by wyrzuciło tą plandekę gdzieś dalej, to bym znalazł. Ale ona trzyma. Na szczęście wyrwało jej tą plandekę…
– Bo by panu trąba żonę porwała.
– A, ona to druga trąba.

W Zbójnie („wsi na krzyż głuchej i cierpiącej” – jak pisał o chyba tej Zbójnie Bruno-Milczewski) oberwała się chmura. Posiedziałem więc z miejscowym rowersem przy piwie, słodkiej bułce (bo takie tylko mieli) i kiełbasie. Najgorszy potop przetrzymałem w sklepie, za uprzejmością pani sklepowej, która cały czas stała przy kontuarze i uzupełniała rachunki.

Kiedy deszcz nieco ustał, poszedłem na przystanek PKS-u. Siedziało tam dwóch miejscowych. Na oko mieli 40 i 60 lat. Młodszy był chudy i długi, starszy – dość krępej postury. Obaj nosili znoszone kurtki i kaszkiety. Skinąwszy im lekko na powitanie, postawiłem gitarę na ławeczce w kącie przystankowej budy.
– O! Grać będziem, widzę! – odezwał się młodszy.
– E, jak bym nie był zmęczony, to zagrałbym coś może panom – mówię, widząc życzliwe spojrzenia.
– Daj panu spokój, Wiesiek – rzekł starszy. – To dobry chłopak, widzę.
Zostawiłem plecak na przystanku i podszedłem do szosy łapać stopa.
– Tu nikt się panu nie zatrzyma – powiedział starszy.
– A czemu?
– Bo to taki kurewski, kurpiowski świat.
– No to za dwadzieścia minut będzie PKS. Ile bilet do Łomży?
– Z pięć złotych chyba – odrzekł starszy.
– Pięć dwadzieścia nawet – poprawił drugi miejscowy.
– Cały dzień życia! – załamałem ręce.
Gruchnęli radosnym śmiechem.
– A widzisz?! – klepnął starszy młodszego po plecach. – Mówiłem, że to fajny chłop! Cho no, Wiesiek, pierdolniem się oba na drogę, to się zara jaka łajza zatrzyma!
– E tam – mówię. – Reumatyzmu panowie dostaną i tyle będzie.
– Ty wiesz pan co? – przejętym głosem rzekł starszy. – Ja bym cię do chałupy zabrał, gdybym ja się żony nie bał. To byś się zdziwił.
Spojrzałem na niego wesoło.
– E tam. Mnie już nic nie zdziwi.
– Bo ty mnie tak tu z Wieśkiem na przystanku spotkał, ja trochę mam w czubie, pewnie se co myślisz. A ja tyle książków w domu mam, że ty by się naprawdę zdziwił.
Na widnokręgu pojawił się samochód, więc znów wszedłem na szosę. Nie zatrzymał się.
– No kurwa, no, jak patrzę, Wiesiek, na niego w tej wojskowej panterce, to mi się ja młody przypominam.
Przejechała ciężarówka. Lubię jechać ciężarówką. Pomachałem więc może zbyt entuzjastycznie, bo pasażer obok kierowcy pokazał mi gaśnicę.
– Młody! – zawołał mnie starszy. – Bo ja, widzisz, robię renowację starych mebli. I bardzo dobrze robię. Tu od Grajewa aż do Zambrowa to ja najlepszy jestem. Szczerze ci, młody, powiem!
– No, ktoś musi być najlepszy – odparłem. – Jakby nikogo najlepszego nie było, to by wszyscy byli równi. A wtedy byłby raj socjalistyczny, a nie Polska.
– Patrzaj – zwrócił się starszy do Wieśka – jak ci on dobrze gada. Ja bym cię do domu wziął, młody, tylko że ja się baby swojej boje. Tera mnie wyrzuciła właśnie i tak se siedzę tutaj.
Przejechały dwa samochody.
– Żadna kurwa się nie zatrzyma. Cho no, Wiesiek, pizgniem się na drogę, bo mi szkoda chłopaka.
– No jasne – flegmatycznie odpowiedział młodszy. – Żeby deszcz tylko nie padał…
<!– /* Font Definitions */ @font-face {font-family:”Cambria Math”; panose-1:2 4 5 3 5 4 6 3 2 4; mso-font-charset:238; mso-generic-font-family:roman; mso-font-pitch:variable; mso-font-signature:-1610611985 1107304683 0 0 159 0;} /* Style Definitions */ p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal {mso-style-unhide:no; mso-style-qformat:yes; mso-style-parent:””; margin:0cm; margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:12.0pt; font-family:”Times New Roman”,”serif”; mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;} .MsoChpDefault {mso-style-type:export-only; mso-default-props:yes; font-size:10.0pt; mso-ansi-font-size:10.0pt; mso-bidi-font-size:10.0pt;} @page Section1 {size:595.3pt 841.9pt; margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt; mso-header-margin:35.4pt; mso-footer-margin:35.4pt; mso-paper-source:0;} div.Section1 {page:Section1;} –>

Drogą przebiegł żółtawy, kulawy kundel.

– Chodź tu, piesku, no chodź – starszy usiadł na ławce, bo wcześniej wstał.

– A to nie ten – odezwał się jego towarzysz – co ty mu rano bułkę dawał?

– A tak! To ten – starszy znów wstał. – A idź ty w czortu! – tupnął na psa. Pies czmychnął, podkuliwszy ogon.

– Bo widzisz – wyjaśnił starszy. – Ja mu rano pół bułki chciał dać, a ten mnie uciekł. Ale co robić, jak pies się na życiu nie zna?

Zatrzymała się łada. Zanim zdążyłem zareagować, moi weseli towarzysze przystankowi wstali.

– O! No nareszcie! Dziękujemy! – zaczęli wykrzykiwać.

Wsiadłem do wozu i pomachałem im, życząc z wzajemnością wszystkiego dobrego.

Jak Nowogród, miasteczko w umierającej w sensie urbanistycznym, lecz pięknej krainie kurpiowskiej, miałby wyglądać inaczej niż z pięć lat temu, kiedy tam pierwszy i ostatni raz byłem? Nie było tu żadnych murowanych budynków prócz tych, które otaczały ryneczek. Na ulicach pusto. Tylko na przystanku stał jakiś pan.

– To dopiero o siedemnastej szesnaście autobus? – pytam go. Czeka, więc może coś wie, jakąś wiedzę ma tajemną dla mnie.

Pan podszedł powoli do rozkładu i spojrzał.

– Ta – odpowiedział. – Ale za dziesięć minut będzie niebieski.

– Czyli PKS?

– Ta.

Wybuliłem więc 4,50 na PKS i pojechałem do Łomży. Tam już nie padało. Było duszno i gorąco. Koło dworca stały dwie dziewczyny, które mojemu samotnemu umysłowi i wysmaganej wiatrem i deszczem duszy wydały się bardzo rozkosznie i sympatycznie wyglądające. Uśmiechnąłem się do nich, a one mi pomachały wesoło.

Pozamykane sklepy, spokój, cisza. I serce rwące się do tych wszystkich niezapomnianych i niezapominalnych zakątków.

Wybacz, komentowanie tymczasowo zablokowane.