Spacer przez czas

Wchodziłem na Górę. Ulica św. Bronisławy, która jesienią wyglądała tak pięknie, przedstawiała smutny widok. Nagie drzewa odsłoniły daleki pejzaż, w którym główną rolę grały nagie ciała wieżowców, ponure kominy i bura przestrzeń nieużytków. Zewsząd powyłaziły blaszane budy, sklecone z różnokolorowych desek ogrodzenia i śmietniki, wywalające jęzory przezroczystych, żółtawych folii. Ponad tym wszystkim górował ponury kurhan Kopca Kościuszki, otoczony badylami anten, masztów i zimowych drzew. Starsza kobieta dźwigała wypchane siatki. Była tu od zawsze, tak jak “zawsze” było tu w każdej chwili. Dziś Górę owiała atmosfera wczesnego PRL, rozpoczynającego żmudne dzieło odbudowy.

Cmentarz na Salwatorze powitał mnie wielkim bladym niebem, ciemnoszarymi wzgórzami widzianymi po drugiej jego stronie i nagłym uderzeniem czasu. Ze zdjęć na nagrobkach spoglądały na mnie twarze, ucharakteryzowane w dziwaczny, jak się dziś wydaje, sposób. Daty, nazwiska, liczby… Minąłem wielki grobowiec z dumnie i w jakiś groteskowy sposób radośnie wypisanym dużymi literami nazwiskiem: “Białoruscy”. Taki napis był być może elegancko wygrawerowany na złotawej tabliczce przytwierdzonej do drewnianych drzwi, za którymi znajdował się ciepły i pełen życia dom. Takie napisy widzimy w Familiadzie, gdzie pod ich sztandarem żywi ludzie biorą udział w wesołej (przynajmniej dla widzów) zabawie. Potem wszyscy zamieniają rozłożyste domy i przytulne mieszkania na kwaterki dwa metry pod ziemią. Napis na grobie milczy, nie słychać wokół wesołej muzyki, nikt nie wygrywa głównej nagrody, znikąd nie rozbrzmiewa śmiech dzieci, ani brzęk naczyń, gdy pani domu lub służąca podaje do wielkiego, okrągłego, drewnianego stołu pośrodku jadalni wyściełanej zdobioną tapetą…

Skakałem z epoki w epokę. Małżeństwo. On – urodzony w 1916 roku, ona – w 1909. Znalazłem się nagle w momencie, kiedy się pobrali. On umrze wcześniej…

“zmarł w 1966 r.”, a ona – w 2001… 34 lata… Co mam robić? Spieszyć się? Gdzie? Zacząć coś? Kontynuować? Dom się pali, ja jestem w środku, jeszcze chwila, jeszcze najwyżej kilkadziesiąt lat, i nie zostanie ze mnie nic… Nic nie zostanie z tego ciała, z tej myśli, z tej postaci w tym świecie, w tym miejscu i czasie.

Przy bramie, od strony cmentarza, przymurowano tablicę ku czci Jerzego Harasymowicza. “Tak gotowym trzeba być do każdej ludzkiej podróży / Tak zdecydują w niebie lub serce nie zechce już służyć” - wygrawerowano pod krótkim zdaniem na temat poety. Pomiędzy płytę a mur ktoś powciskał zioła i polne kwiaty.

Schodziłem w dół, zanurzając się w miasto. Świat opuszczał mój umysł, zostawał z tyłu, przylepiony do tej osobliwej brukowanej alei… Wkraczałem znów w plątaninę ulic, samochodów, budynków i tłumu, w którym nawet mieszkańcy Góry stapiali się w jedną, współczesną i do złudzenia nieśmiertelną masę. Hasła, szyldy, ceny, napisy i znaki znów wytrąciły ze swego miejsca mój mózg i ten ponownie znalazł się gdzieś daleko, daleko. Na bezczelnie niebieskim tramwaju rzucał się w oczy napis: “Czy wiesz, że w 2008 r….” Bardzo ciekaw byłem tego, co się w 2008 r. stanie, niestety dalszą część zdania zasłaniał pień drzewa i kiosk. A ja…

Zostaw komentarz