Poezya Shpyevana

Jeden z tematów na forum „W górach jest wszystko co kocham” sprowokował mnie do przelania na ekran pewnego dość już ukształtowanego we mnie poglądu na temat kategorii stosowanych w Polsce dla niektórych rodzajów muzyki.

Chodzi mi o folk. Folk w znaczeniu takim, jakie przyjęte jest na całym świecie (patrz: Wikipedia). U nas myli się go z folklorem, z world’s music, z etno, zaś na określenie twórczości rodzimych folksingerów używa się terminów „poezja śpiewana”, „piosenka turystyczna”, „piosenka poetycka” itp.

To tak zwane „szufladkowanie” jest bardzo ważne. Każdy towar musi mieć swoją markę, nazwę. Jeżeli interesuje nas tylko słuchacz Polski, możemy sobie operować terminami „poezja śpiewana”, „piosenka turytyczna”, nie wiedząc nawet, co one znaczą (definicji jest tyle ilu definiujących). Ale wtedy nigdy nie będzie na tę muzykę ani pieniędzy, ani chęci wypromowania jej. Bo w dzisiejszych czasach liczy się to, z czym można wyjść poza granice własnego kraju.

Słyszę i czytam (choćby w jednym z ostatnich numerów Przekroju), że w Europie i w Stanach mamy do czynienia z nową modą na folk. Popularność zdobywają folksingerzy z Norwegii, Węgier, z Argentyny czy Wenezueli – śpiewają w swoich własnych językach, a także po angielsku. Sukcesy odnoszą tacy songwriterzy jak Devendra Banhart, Hope Sandoval, Josh Ritter, Jakob Dylan i inni.

A co z polskimi wykonawcami – autorami podobnych w brzmieniu i w przekazie piosenek? Nie łapią się na ten światowy boom, bo mówi się o nich, że nie grają folku tylko jakąś „poesya shpyevana”. Europejski miłośnik gatunku ciekaw, co słychać w Polsce, wpisuje w Google „Polish folk” i wyskakuje mu „Szła dzieweczka do laseczka” i ludowe rękodzieła. A gdzieś tam daleko, pod polskimi, nieprzetłumaczonymi i nieznanymi mu terminami kryje się właśnie to, czego szuka… I w ten sposób moda na muzykę, którą gramy, trwa i przemija, a my siedzimy w zaścianku, bo nazwaliśmy tę muzykę inaczej niż cały świat, kłócąc się tylko o to, co te nasze dziwne nazwy oznaczają.

Zresztą poezja śpiewana to nie jest w ogóle gatunek muzyczny. Gatunkiem muzycznym są pop, rock, blues, folk, etno, jazz, country, disco, hip-hop itd. oraz oczywiście gatunki klasyczne. I wszędzie na świecie jest to jasne, tylko w Polsce trzeba sprawę skomplikować, a czasem nawet szczycić się tym, że mamy coś, czego nie ma nikt – poezję śpiewaną czy piosenkę turystyczną, co jest nieprawdą. Pojęcie „poezji śpiewanej”, skoro istnieje i się przyjęło, musi mieć jakiś regionalny, polski sens. Nie jest to jednak, powtarzam, nazwa gatunku muzycznego. Przecież brzmieniowo Stare Dobre Małżeństwo ma więcej wspólnego ze wczesnym Fairport Convention czy z folkowym Springsteenem niż np. z Michałem Bajorem lub Grzegorzem Turnauem i jego orkiestrą. I SDM i Bajor i Turnau to muzyka do wierszy, ale u Turnaua mamy do czynienia obecnie z jakimś pop-jazzem, a SDM (szczególnie w ciągu ostatnich 10 lat) to folk i blues w najczystszej postaci. Wiesze, m. in. Bolesława Leśmiana, do własnej muzyki śpiewa też zresztą disco-polowy Bayer Full. Dlaczego nie zaliczamy go do wykonawców poezji śpiewanej? Co to jest poezja śpiewana? Może zamiast odpowiadać na to pytanie, skonstatujmy, że definicji tego terminu jest tyle, ilu definiujących, natomiast na świecie dawno już się umówiono, że tego typu „poezja śpiewana”, o jakiej mówię, pokrywa się w większej części z międzynarodowym terminem „folk”. Choć np. u Jacka Kaczmarskiego widać przynajmniej taką samą, jeśli nie większą, inspirację muzyką klasyczną.

Dlatego powtarzam: polski folk (ten inspirowany Dylanem, Springsteenem, dokonaniami Woody’ego Guthriego i innych) znacznie łatwiej wyszedłby z zaścianka, gdyby go promować pod właściwym, w całym świecie obowiązującym terminem. Tymczasem przyznaje się tą etykietkę tylko takim, znakomitym zresztą, zespołom jak Trebunie Tutki czy Kapela ze Wsi Warszawa. Jak gdyby Stare Dobre Małżeństwo nie było kapelą folkową w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa. Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech posłucha płyt SDM z ostatnich 10 lat, a potem wczesnego Dylana i nowszego Bruce’a Springsteena (szczególnie płyt „Devils & Dust” i „We Shall Overcome”, zawierającej pieśni jednego z ojców folku – Petera Seegera).

I smutno mi, kiedy widzę na anglojęzycznej Wikipedii polski folk reprezentowany wyłącznie przez zespoły uprawiające muzykę tradycyjną, a z drugiej strony moi anglojęzyczni znajomi przyznają, że np. piosenki SDM to piękny przykład tego właśnie gatunku, w znaczeniu nadanym mu dawno temu w Ameryce.

Raz jeszcze powtórzę, żeby nie było wątpliwości: sensowność istnienia danego pojęcia rozstrzyga to, czy jest ono w danym kontekście używane. Dlatego jakkolwiek ogromne problemy są ze zdefiniowaniem terminu „poezja śpiewana” czy „piosenka poetycka”, porozumiewają się skutecznie za jego pomocą rzesze fanów. Jestem jednak przeciwnikiem przenoszenia tej terminologii na grunt międzynarodowy (vide: kwiatki w stylu „sung poetry” lansowane, na szczęście dość nieśmiało, na Last.fm). Uważam, że piosenka poetycka – w znaczeniu intuicyjnie znanym z pewnością każdemu z tych, którzy dotarli aż do tego fragmentu niniejszego tekstu – należy w przeważającej mierze do muzycznego gatunku „folk” i boli mnie to, że – jeśli już posługujemy się przykładem Last.fm – podając hasło „polish folk” użytkownik może natrafić wyłącznie na tych wykonawców.

Ja sam zresztą czuję się bardziej folk-singerem niż… no właśnie – śpiewającym poetą? Żeby czuć się poetą (abstrahując od najszerszego, np. Stachurowego znaczenia słowa „poezja”) trzeba pisać wiersze, a ja piszę piosenki. Głównie folkowe.

Innym dobrym anglojęzycznym hasłem, za którym kryje się cała masa artystów o podobnym brzmieniu i przekazie, co nasi śpiewający poeci, jest „singer-songwriter”. Ale to inny temat. Wpiszcie w Google i posłuchajcie!

Wybacz, komentowanie tymczasowo zablokowane.