Po koncercie Leonarda Cohena w Warszawie
Autor: POlek
Moja pierwsza myśl po obudzeniu brzmiała: “Koniec. To wszystko. Koniec koncertów Cohena dla mnie”. I to poczucie straconej okazji. Bo przecież mogłem wbić się pod scenę, wręczyć Mistrzowi chociaż bukiet kwiatów i może mój nieszczęsny list, napisany prawie rok temu. Może też moje przekłady i płytkę z nagraniami. Nie pomyślałem o tym.
Ciężko mi porównać warszawski koncert do tego, na którym byliśmy z Karolinką latem w Amsterdamie. Tamta podróż, nieznane, pełne uroku miasto, wyczekiwanie od wczesnego popołudnia, podglądanie próby wraz z innymi najwierniejszymi fanami, balansowanie na chyboczącym się kontenerze na śmieci, by dojrzeć muzyków zza wysokich zasieków, którymi otoczony był Westerpark i trzygodzinne stanie tuż przy scenie, by po raz pierwszy ujrzeć na żywo tego, od którego wszystko się zaczęło – to wszystko było czymś zupełnie innym niż przyjazd tuż przed rozpoczęciem imprezy pociągiem relacji Łódź Fabryczna – Warszawa Centralna i brudnym tramwajem, kończącym bieg przy samym Torwarze, a następnie zajęcie wykupionych znacznie wcześniej miejsc w pierwszym rzędzie sektora S1, znajdującego się nieco na uboczu i w dużo większej odległości od muzyków.
Mówi się, ze zawsze pierwszy koncert danego artysty, w którym się uczestniczy, jest najlepszy. I coś w tym jest. W Torwarze byłem bardziej chłodny, analityczny, krytyczny niż w Westerpark. Przez pół godziny. Potem po prostu odjechałem.
Bardzo trudno było mi się zresztą na początku skoncentrować. Nie tylko dlatego, że przyjechałem przeziębiony. Odbiór koncertu uniemożliwiali mi rozmaici cwaniacy, którzy pozajmowali cudze miejsca, a potem, gdy prawowici ich dzierżawcy pojawiali się, by je odzyskać, zaczynało się wstawanie, przeciskanie się i wyjaśnianie nieporozumień. Ochroniarze świecący latarkami po oczach i rozmawiający przez krótkofalówki nie polepszali sprawy.
Wkrótce przystosowałem się do warunków panujących na sali, a i ludzie nieco się uspokoili. Wbrew obawom, nagłośnienie było fantastyczne, a brzmienie instrumentów – krystaliczne.Transmisja koncertu przez rzutniki na wielkie ekrany z boków sceny również była doskonała – różne ujęcia, również zza sceny, piękne kolory, szybka reakcja operatorów na to, co się działo i – to było widać – znajomość repertuaru. Nie wiem, czy realizatorzy należeli do ekipy koncertowej, czy zostali wynajęci przez polskiego organizatora. Faktem jest to, że stanęli na wysokości zadania.
Na początku koncertu byłem świadkiem następującej sceny: Poeta śpiewa o tym, że kości są fałszywe, ale i tak każdy bierze udział w grze, publiczność zaś wesoło klaszcze w takt melodii. Kwintesencja polskości – nic dodać, nic ująć. Na szczęście wrażliwość wzięła górę w zgromadzonych i po chwili przestali klaskać, by zasłuchać się w gorzkie i boleśnie prawdziwe Everybody Knows.
Choć kilka elementów, które wydawały mi się w Amsterdamie zupełną improwizacją, okazały się wyreżyserowane, a koncert był dla mnie niejako powtórką, wszelkie bariery pomiędzy mną a energią płynącą ze sceny pękły całkowicie przy Take This Waltz – utworze mojego życia, gdzie – pomijając całą jego wielkość i osobiste znaczenie dla mnie – same wersy:
There’s a bar where the boys have stopped talking
They’ve been sentenced to death by the blues
są bardziej wymowne niż najpiękniejszy obraz Edwarda Hoppera.
Tak długie trasy koncertowe nieodzownie związane są z tęsknotą. I czuć było, że z owej tęsknoty artysta czerpał ile się da, by wypowiedzieć, wykrzyczeć lub wyszeptać ją zgromadzonym słuchaczom. Zarówno przy wykonywaniu tego utworu, jak i przy większości innych, Cohen ściskał w dłoni wisiorek, prawdopodobnie podarowany mu przez ukochaną. Stanowił on pewien rodzaj amuletu.
Pomylił się dwa razy – przy Suzanne zamiast słów trzeciej zwrotki, usłyszeliśmy znów początek utworu. Po dwóch wersach wrócił jednak do właściwego tekstu. Inną, bardzo wzruszającą zresztą pomyłką, było stwierdzenie: “Ostatni raz byłem na tej scenie chyba z 15 lat temu. Miałem wtedy 60 lat”. Minęły już 23 lata, Mistrzu, od Twojego ostatniego przyjazdu do tego kraju. Długo kazałeś na siebie czekać. I tym większa radość, że znów jesteś.
Po koncercie mieliśmy okazję zamienić kilka słów z panem sprzedającym albumy, książki i gadżety. Kupiłem u niego poster. Koszulkę, jedyną i niepowtarzalną, namalowała mi dzień wcześniej Karolinka. Bardzo żałowałem, że nie miałem przy sobie płyty, listu i przekładów. Ten przemiły, otwarty człowiek, podróżujący z ekipą od samego początku, na pewno nie odmówiłby przekazania tego Mistrzowi. Cóż – trzeba będzie wybrać się kiedyś za ocean. Może za rok, kiedy ustanie nieco entuzjazm wokół tej fenomenalnej trasy koncertowej.
*
Krótka dziennikarska relacja z koncertu i więcej zdjęć – tutaj.
Wisiorek, o którym wspominasz, to grecki komboloj, który Leonard dostał w czasie pobytu w Grecji. Grecy bawią się nim, żeby się odstresować (choć przede wszystkim słuzy do modlitwy). Dino Soldo, saksofonista, też miał taki, owinięty dokoła mikrofonu.
PS Super recenzja, choc nie czepiałabym się żywiołowych reakcji publiczności : )
secretchord | 2 paź 2008 | Odpowiedz
Musiałem się czepić, żeby opisać skojarzenie, które mi się nasunęło. Żeby się odczepić, pochwaliłem zaraz potem wrażliwość zgromadzonych ;o) Zresztą owacje na stojąco i wysłuchanie w tej pozycji niemal wszystkich bisów świadczy również o klasie polskiej publiczności (wyłączam z tego osądu wspomnianych przeze mnie cwaniaczków, którzy pałętali się pod nogami podczas pierwszego seta).
Dzięki za uzupełnienie informacji i dobre słowo!
apolinary | 2 paź 2008 | Odpowiedz
Nie chciałbym byc drobiazgowy ale z moich rozmów z Grekami
wynika że ten wisiorek nie ma nic wspólnego z modlitwą ,
a raczej słuzy do zabawy i podobno uspokaja.Leonard używa go
od czasu zamieszkiwania na Hydrze,ten ktory ma na trasie
dostał od Nany Moskouri.
Jeżeli chodzi o tych cwaniaczków to nie tylko w Polsce,ale
taka sama sytuacja była w Londynie w O2,pierwsze trzy utwory
miałem zupełnie zepsute z tych powodów, a myslałem ,że gdzie
jak gdzie ale w Londynie ludzie umieją sie zachowac.
PS Dzieki za relacje, widac ,że pisana “od serca”
whiteman | 2 paź 2008 | Odpowiedz