Płyty, do których wracam najczęściej

Z braku miejsca, czasu i chęci powielania tego, co już w sieci jest, linkuję strony, na których można posłuchać próbek nagrań z wymienianych przeze mnie płyt. Linki otwierają się w nowym oknie/karcie, na moim ulubionym lub jednym z ulubionych utworów z danego albumu.

Closing Time (Tom Waits)
Album brzmiący inaczej niż muzyka, której słucham zazwyczaj. Tym bardziej uzależniony jestem od brzmienia pianina i trąbki, towarzyszących czarodziejowi z Kalifornii. Nie wiedzieć czemu, melodie z Closing Time przypominają mi zimowe spacery z wczesnego dzieciństwa, z rodzicami za rękę, Święta Bożego Narodzenia w Miasteczku. A czasem moje całkiem niedawne siedzenie na posterunku w Krakowie, ciepłą herbatę w strażniczej kanciapie i patrole wśród cichego, białego śniegu. A Tobie z czym kojarzą się te dźwięki? Bo nie wierzę, że z niczym.

Cohen Live (Leonard Cohen)
Brzmienie Cohena, a przede wszystkim jego zespołów podczas koncertów na żywo doceniłem jeszcze w czasach, kiedy o osobistym udziale w takim wydarzeniu mogłem tylko pomarzyć, nie wierząc, że to marzenie się spełni. Ta powłóczystość skrzypiec, chórków Perli Batalli i Julie Christensen i wrażenie lekkiego stłumienia nadawane przez basy i perkusję – tego nie ma na żadnej innej płycie. Nie mówiąc już o przepięknych, głębokich wykonaniach dawnych utworów, w tym tego pierwszego – Suzanne, o którym Cohen powiedział niedawno w wywiadzie, że stanowi dla niego pewnego rodzaju drzwi i każde jego wykonanie to bardzo ważny moment.

Devils and Dust (Bruce Springsteen)
Klasyczny, lecz nienachalny i nie wpadający w rozrywkowe country amerykański folk z domieszką Springsteenowskiego rockowego pazura. To najnowsza z trzech nagranych prawie solo płyt bez E-Street Band, płyt stonowanych, akustycznych i o całkiem innym duchu. Wszystkie zawierają opowieści o mieszkańcach południowego pogranicza, o ludziach, którym los powykręcał w najdziwniejszy sposób życie, psychikę i światopogląd, o zasypywanych przez piach pustyni miastach. Wspaniałe, wpadające w ucho melodie i brzmienie Devils and Dust przenosi nas od razu na pustkowia i „hajłeje” Środkowego Zachodu. Dwa wcześniejsze albumy tego typu – Nebraska i The Ghost of Tom Joad pewnie kiedyś dołączą do tego mojego Top Ten. Ich atmosfera jest bardziej szorstka, są znacznie trudniejsze w odbiorze, empetrójki nie załatwiają sprawy. Dopiero niedawno zaopatrzyłem się w oryginały. I z dużym niesmakiem wspominam czasy, kiedy ściągałem płyty Springsteena z Internetu myśląc, że mogę w taki sposób z nimi w pełni obcować.

Come Away with Me (Norah Jones)
Pierwsza płyta Norah Jones, nie gorsza niż druga, choć tak się złożyło, że została przy mnie na dłużej. Od niej też zaczęło się u mnie słuchanie czegokolwiek innego niż polska poezja śpiewana, Cohen i Dylan. Idealna do słuchania w niedzielny poranek przy kawie lub wieczorem przy winie z ukochaną osobą. Łatwa, lekka, przyjemna, lecz przepięknie dopracowana kompozytorsko i aranżacyjnie, przywołująca obrazy w tak sugestywny sposób, że… na pracowity poniedziałek się zupełnie nie nadaje. Tekstowo nie jest najlepsza. Momentami mocno zahacza o pop. Ale nawet ja chcę czasem posłuchać czegoś dla czystego relaksu. :o)

Five Leaves Left (Nick Drake)
Nick Drake powalił mnie. Wrażenie, jakie wywarły na mnie jego utwory, sposób ich wykonania, a także historia tego chłopaka, to wszystko było tak wielkie, że mogłem słuchać naraz tylko jednej płyty – Pink Moon. Kiedy już nieco ochłonąłem i byłem w stanie w miarę spokojnie obcować z Nickowym repertuarem, puściłem sobie nie mieszczącą się do tej pory we mnie Five Leaves Left. I zaczęło się od nowa. Psychodeliczny Riverman, pochmurne i zimne Three Hours, przejmujące Day is Done i Cello Song powoli pozwoliły mi dostrzec jak wielki mrok zalegał w duszy tego chłopaka. Może to nawet i lepszy album niż Pink Moon, bardziej różnorodny. Nie podejmuję się takich porównań i ocen. Myślę, że można albo przejść nad tymi piosenkami obojętnie, jeśli nie widzi się tego, co w nich zawarte, lub po prostu przyjąć je w milczeniu i z szacunkiem.

New Skin for the Old Ceremony (Leonard Cohen)
Mało znany, z wyjątkiem pojedynczych pieśni, takich jak Chelsea Hotel No. 2 album, wobec którego jestem bezsilny. Nie wiem co w nim jest takiego, że znalazł się tu zamiast któregokolwiek z innych. Może ciepłe brzmienie jazzującej perkusji i oboju? Może to, że większość tych nagrań była dla mnie nowa i dostałem je wtedy, gdy już w pełni świadomie potrafiłem wsłuchać się w muzykę? Wszystkie utwory Cohena, które znałem w dniu otrzymania New Skin…, znałem od dawna. To było co najmniej dziesięć lat temu, lecz stary krążek nie zdążył mi jeszcze do końca spowszednieć.

Oh Mercy (Bob Dylan)
Płyta, która brzmi – według słów samego producenta, Daniela Lanois – jak moczary Luizjany. Istotnie – brzmienie jest pierwszą jej cechą, która – jak takowe moczary zresztą – przyciąga i pochłania. Jest to też pierwsza płyta w dyskografii Dylana, na której pełny wyraz uzyskuje mój ulubiony rodzaj jego ballad. Gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki Oh Mercy, chętnie puszczam sobie na dokładkę kilka spokojniejszych utworów z następnej płyty – Time Out of Mind. Trzeba jednak  przyznać, że jedyne dwa szybsze kawałki na Oh Mercy brzmią równie fenomenalnie i świetnie pasują do całości, mimo, że wspomniane bagienne brzmienie sprzyja raczej refleksyjnym, niekiedy mrocznym klimatom.

Pink Moon (Nick Drake)
Miałem tyle samo lat, ile żył Nick Drake. I byłem na krawędzi. Podobnie jak on, pokonany przez depresję, niesprzyjający świat, własną skrajną nadwrażliwość i niedoceniony geniusz. Nagrał wówczas, przy pomocy swego cichego głosu i zdumiewająco oryginalnego sposobu gry na gitarze tę właśnie płytę. Po zakończeniu sesji pozostawił taśmy na stole i odszedł, by nigdy już nie powrócić ani do studia, ani na scenę. Niedługo potem opuścił również ten padół łez. Ja przeżyłem. I choć nie potrafiłbym stworzyć choćby jednej tak przejmującej pieśni jak najskromniejsza z Nickowych, choć gitarzysta ze mnie żaden, choć nie śmiałbym porównywać się z nim wrażliwością, nastąpił cud. A może miałem jednak tę iskrę wiary, energii lub desperacji, której zabrakło jemu…

Ten New Songs (Leonard Cohen)
Któż potrafi połączyć najgłębszy mistycyzm, jaki można zawrzeć w tekstach, pogłębić go jeszcze bardziej przy pomocy muzyki, a wszystko to stworzyć za pomocą syntezatorów, beatów, sampli i padów z plastikowego urządzenia elektrycznego? Kto nad jedną piosenką potrafi pracować całymi latami, przemieniać ją z wiersza w poemat i wreszcie w utwór na jednej z najbardziej głębokich, osobistych, a jednocześnie tak często puszczanej w komercyjnych stacjach radiowych płycie? Który album tworzony w zaciszu kalifornijskiego klasztoru zen przez starego mnicha o pseudonimie „Cichy” staje się jednym z najpopularniejszych w dalekiej Polsce? To prawda, Cohen stworzył to arcydzieło razem z Sharon Robinson, wieloletnią współpracowniczką. Dwa światy – jego i jej nałożyły się na siebie w zadziwiająco spójny sposób. To po części tłumaczy zjawiskowość tego albumu. Ale przede wszystkim jest on dowodem na to, że nie ma na świecie nikogo takiego jak Leonard Cohen. I rację miał Bono z U2, że Stary Poeta obraca się w sferach niedostępnych dla nikogo innego. Dodam od siebie, że każdy okruch, który rzuca z tych sfer przez ramię nam, zwykłym śmiertelnikom, sam w sobie może być oddzielnym światem.

World Gone Wrong (Bob Dylan)
Słuchając tej płyty złapałem dziesięć lat temu Dylanowego bakcyla. Surowe brzmienie nagranych na niej folkowo-bluesowych standardów idealnie zgrało się z przemierzanymi przeze mnie pierwszy raz w życiu bezdrożami, oślepiającym zbożem, otumaniającym zapachem traw, intensywnym błękitem nieba, stukotem kół pociągu, wiatrem wiejącym prosto w twarz i niemiłosiernym upałem. Do dziś słucham skrzekliwie zaśpiewanych, smutnych, makabrycznych nieraz historii z World Gone Wrong głównie latem, przy otwartym oknie wagonu. Przez cały ten czas zachowały swój zapach i jaskrawość.

* * *

Akurat dziesięć – w kolejności alfabetycznej. Ale są jeszcze inne, których słucham rzadziej, choć również niezwykle je sobie cenię. I te, które dawno temu, słuchane non-stop całymi tygodniami i miesiącami zdążyły tak się zadomowić w mojej głowie, że nie muszę ich wcale nastawiać (ależ archaiczne określenie…), by słyszeć dźwięki z nich płynące. Wreszcie te polskie, z których piosenki grywam sobie na gitarze. Dziwna to rzecz, ale kiedy spiszę sobie do śpiewnika teksty i akordy jakichś piosenek i gdy zacznę samemu je wykonywać, przestaje mi się chcieć słuchać ich z nośnika…

W każdym razie nie chcę i nie mogę w tej rekomendacji pominąć następujących tytułów. Gorąco polecam, z przeróżnych względów, w imieniu swoim i siebie sprzed pięciu, dziesięciu, dwudziestu lat:

  • I’m Your Man (Leonard Cohen) – album, od którego wszystko się zaczęło. Płyta, która towarzyszy mi od dwudziestu lat, i z której każdy dźwięk budzi we bardzo bogate, różnorodne, nieraz do głębi poruszające wspomnienia. Poruszają też piosenki – niezgłębione i docierające, jak zwykle u Cohena, do najgłębszych głębin.
  • wszystkie pozostałe płyty Leonarda Cohena i każda z osobna
  • Był raz dobry świat (Jan Krzysztof Kelus)
  • Kawał w bok od szosy głównej (Jan Krzysztof Kelus)
  • Bukowina (Wolna Grupa Bukowina)
  • Sad (Wolna Grupa Bukowina)
  • Drelichowa (Andrzej Garczarek)
  • Live (Jacek Kaczmarski)
  • Raj (Gintrowski, Kaczmarski, Łapiński)
  • Sarmatia (Jacek Kaczmarski, Zbigniew Łapiński)
  • Pochwała Łotrostwa (Jacek Kaczmarski)
  • Między nami (Jacek Kaczmarski)
  • Some Devils (Dave Matthews Band)
  • Ballady Edwarda Stachury (Marek Gałązka)
  • Edge of a Dream (Bert Jansch)
  • Eldorado (Wojciech Jarociński)
  • Feels Like Home (Norah Jones)
  • The Freewheelin’ Bob Dylan (Bob Dylan)
  • Planet Waves (Bob Dylan)
  • Piosenki (Jacek Kleyff)
  • Romanse, Ballady (Jan Kondrak)
  • Pojedziemy (Dominik Księski)
  • We Shall Overcome (Bruce Springsteen)
  • Bieszczadzkie Anioły (Stare Dobre Małżeństwo)
  • Kino objazdowe (Stare Dobre Małżeństwo)
  • Abbey Road (The Beatles)
  • Let It Be… Naked (The Beatles)

Choć ich tak wiele, każda z nich ma dla mnie szczególne znaczenie, i o każdej mógłbym długo opowiadać. Część z nich zmieniła na trwałe moje postrzeganie świata, a wszystkie bardzo poszerzyły granice mojego zachwytu i odbierania muzyki. Było jeszcze wiele innych, które mnie zaczarowały, na przykład… no dobra, kończę. Kilka godzin temu miała to być tylko krótka notka z kilkoma linkami…

Wybacz, komentowanie tymczasowo zablokowane.