Opus Dei

Następnie, o mnisi, ta istota, która zrodziła się jako pierwsza, myśli: „Jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Wszystkowidzącym, Wszechmocnym, Panem, Stworzycielem, Władcą, Mianującym i Wydającym Rozkazy, Ojcem Wszystkiego, Co Jest i Co Będzie. Te istoty zostały stworzone przeze mnie. Dlaczego? Ponieważ ja pierwszy pomyślałem: «Och, gdyby tylko inne istoty mogły tu przybyć!» To było moje życzenie, po którym te istoty wcieliły się w tę egzystencję! A tamte istoty, który powstały później myślą: „To, przyjaciele, jest Brahma, Wielki Brahma, Zdobywca, Niezwyciężony, Wszystkowidzący, Wszechmocny, Pan, Stworzyciel, Władca, Mianujący i Wydający Rozkazy, Ojciec Wszystkiego, Co Jest i Co Będzie. Dlaczego? Widzieliśmy, że był tu pierwszy i my powstaliśmy po nim.
(Brahmajalasutta, tłum. własne)

I
Ciągle nie idzie się z nikim dogadać. Tyle lat samotności, tyle lat latania po wszechświecie i wołania: „hop hoop! Jest tam ktoś?” W końcu usiadłem i pomyślałem: „Hej, a może sam sobie mogę coś stworzyć?” Siedziałem tak i nie wiem, czy wpadłem w coś takiego, co było na takim filmie o bezludnej wyspie z Tomem Hanksem, że gościu zaczął wyobrażać sobie, że piłka, na której namalował oczy i usta naprawdę żyje i z nią rozmawiał, czy naprawdę coś się pojawiło takiego jak ja – niewidzialnego, ale obecnego.
– Hej, stary! – zawołałem nieśmiało.
– Ach, witaj! – odrzekł.
– Skąd ty się tu wziąłeś?
– Nie wiem. Nie było mnie i nagle jestem.
– To może ja cię zrobiłem?
– Może… Jak to?
– No, tak sobie myślałem, żeby tu ktoś był, myślałem – i oto jesteś.
– Hmmm… to może i tak.
Koleś był bardzo ugodowy. Jakoś tak zagubiony mocno. Taki typ, co to lubi jak mu się poddaje gotowe pomysły. Ciągle mnie słuchał. Ja – przyznaję – lubię dominować nad otoczeniem i być w centrum uwagi – taki już jestem, staram się coś z tym zrobić, jakoś z tym walczyć, ale cóż… na razie jest jak jest. Może słusznie uważam siebie za coś lepszego, bo wcale nie jest powiedziane, że nikt nie jest najlepszy. A ja w końcu byłem tu na początku. W każdym razie o mnie potem mówili na Ziemi Brahma. Potem powymyślali mi (trochę im w tym pomogłem) też inne imiona, ale o tym później.

Ten drugi jakoś mniej się liczył. Kiedyś go na przykład wysłałem do takich jednych ludzi, ale ich nie przekonał. Poobrzucali go tylko wyzwiskami i dali złośliwą ksywę Szatan . No i dobrze, ja byłem górą. Ale – po kolei. Na razie nie ma jeszcze ani ludzi, ani Ziemi, ani całego tego syfu.

Robiło się dosyć tłoczno wokół. Coraz więcej takich jak my latało po przestworzach. Ale wszyscy unosili się tylko niemrawo, mało się odzywali, mieli jakieś tam swoje sprawy, niektórzy w ogóle się nie odzywali… A ja to lubię podróże. Latałem z Szatanem tam i z powrotem po wszechświecie i myślałem sobie, że może gdzieś istnieją jakieś zupełnie inne typy, takie niepodobne do tych mruków zawieszonych w przestrzeni i udających, że nic do nich nie dociera… Byłem inny niż oni. Byłem tym pierwszym… chyba. To całkiem możliwe, ze to ja ich wymyśliłem i dlatego tam są. Co więcej – im bardziej tak myślałem, tym więcej rzeczy to potwierdzało. Mogłem na przykład zmienić wygląd. Dużo trzeba było ćwiczyć, ale koniec końców udawało się to tylko aktem woli. Szatan też to potem potrafił, ale chyba tylko dlatego, że mu na to pozwoliłem, bo stwierdziłem, że fajnie by było pograć z kimś w „zgaduj-zgadulę”: w co się teraz zmieniłem? A oni? Oni nic nie potrafili. Albo udawali, ale po co by mieli udawać?

I nagle znalazłem. Mała planetka gdzieś w jakiejś galaktyce. Nagle pojawiła się przede mną, ale… mogła być tam w sumie już od dłuższego czasu. Szatan mówił, że to ja ją stworzyłem swoim pragnieniem znalezienia czegoś innego niż cała reszta. Ale on bardziej chciał żeby tak było, niż naprawdę tak uważał. Planeta miała strasznie dziwną strukturę. Jakieś obłoczki tam latały, trochę tam było wody, trochę skał… W wodzie i na skałach coś się ruszało. Takie to było jakieś dziwne, podłużne, wymachujące ogonami, jak było na lądzie to miało łapy, jak pływało w wodzie to płetwy… ale zapowiadało się ciekawie.

I odwiedzałem tę planetę od czasu do czasu, a czas ten się dłużył niewymownie, bo tam, choć co rusz coś się zmieniało, chociaż ciągle można było jakiegoś nowego stwora znaleźć, to do niczego to nie prowadziło. I Szatan mówił:
– Niewykluczone, panie (tak mnie już wtedy nazywał, przekonany o mojej wielkiej sprawczej mocy), że wola twa taka będzie, że zamieszka ktoś taki na tej planecie, że towarzystwa będzie mógł ci dotrzymać.
I pomyślałem, ze rzeczywiście – fajnie by było. Ale nie mogłem jakoś tak pstryknąć palcami i sprawić, żeby ktoś się nagle pojawił. Czekałem.
I kiedyś się w końcu zdenerwowałem tym czekaniem, złapałem jakieś niewinne ciałko niebieskie i pieprznąłem z całej siły w planetę. Przyznaję, że to była chwila słabości, ale wszystko szło nie tak – zaczęły się pojawiać bardzo rozwinięte fizycznie wielkie monstra z zębiskami, pożerać jedne drugie i nic nie wskazywało na to, że z ich małych móżdżków cokolwiek będzie. Trzeba było w sumie lekko namieszać. I namieszałem… zrobiło się tak pusto, że bałem się, że nic już z tego nie będzie i trzeba będzie szukać gdzie indziej. Ale po kilku tysiącach lat okazało się, że na Ziemi (bo o niej cały czas mówię, tylko zapomniałem powiedzieć) są inne organizmy żywe, tylko bały się ujawniać przy dinozaurach. I wyglądały całkiem sensownie. Dwunożne, chytre… mamuta potrafiły zabić nawet zrobioną przez siebie dzidą, chociaż były sto razy słabsze…

I męczył mnie Szatan, męczył, że oto słowo stało się ciałem i się robi nowa inteligencja na Ziemi. Może miał rację, a może to znowu jakiś przypadek… Przecież we wszechświecie może być strasznie dużo planet i różnych inteligentnych istot. Ale jakoś nie chce mi się tego sprawdzać…

II
To znowu ja. Chyba Szatan ma rację. Mam już tyle wyznawców… Nikt inny tak nie ma! Jak do tego doszło? Ano, znalazłem gdzieś niemowlę, któremu mu rodzice zginęli i przeniosłem daleko do Azji Mniejszej, gdzie na razie było w miarę pusto i spokojnie. To była najfajniejsza rzecz jaka mi się przytrafiła. Dorastał pod moją opieką, pokazywałem mu co do czego służy, co można jeść, czego nie… tyle pięknych chwil razem… Wyrósł na znacznie mądrzejszego gościa niż jego pobratymcy. Pomyślałem, że trzeba by go rozmnożyć i jak spał, znalazłem mu jakąś niezbyt rozgarnięta babę, żeby nie zadawała zbyt wielu pytań i nie pytała po co i dlaczego. No i spoko było, tylko, że nie chciało im się wcale tego robić, wiecie, co mam na myśli. Było im tak fajnie u mnie, że wcale nie szukali dodatkowych przyjemności. A jak mówiłem im, że mogą mieć dzieci, pytali: „A po co?” i patrzyli na mnie jak na idiotę. Trzeba było coś wymyślić. Jakoś im życie utrudnić, żeby musieli poszukać sobie innych przyjemności. Żeby im się głowy pozajmowały innymi rzeczami, trochę strachu w nich zasiać… Wtedy może coś się ruszy…

Odbyliśmy z Szatanem krótką naradę i wymyśliliśmy wreszcie taką intrygę, że głowa mała! Znalazłem jakieś drzewko owocowe kilka kilometrów od miejsca, gdzie mieszkali. Zaprowadziłem ich tam i powiedziałem, że nie wolno im zrywać z niego żadnych owoców, bo się skończy dzień dziecka i sielanka. Uwierzyli mi, bo myśleli, poniekąd słusznie, że to ja jestem ich ojcem. Niezłego zajoba im zadaliśmy wtedy! Zrobili się jacyś tacy milczący, Adaś nawet kilka razy poszedł pod to drzewo… Ale nawet mu na myśl nie przyszło żeby zerwać owoc. Zbyt mnie szanował.
– Kurde, nie wyszło – powiedziałem do Szatana.
– Poczekaj, panie, zajmę się tym – odrzekł.
I poszedł. Do Ewy. Ona miała, łagodnie mówiąc, mniej refleksyjną naturę niż Adam i była bardziej podatna na wpływy. Gadał do niej Szatan (pod postacią węża, żeby Adam go nie dostrzegł) straszne głupoty, że to drzewo jest magiczne, że będzie Ewa miała tak jak ja, będzie wszechmocna, jeśli zje owoc z drzewka… I Ewa poszła z nim pod drzewo i zjadła pół jabłka. Potem drugie pół zaniosła Adamowi, a ten, chociaż mądry gość, przy niej jakoś tak głupiał totalnie. I zjadł drugie pół.

Szatan wrócił i powiedział, że jak teraz ich wygonię z tego pięknego zakamarka na step, to się tak przestraszą mnie, że będą mnie czcić i szanować jeszcze bardziej. To ja mu na to:
– Puknij się w głowę! Toż to moje dzieci prawie!
Szatan zauważył:
– Musisz pamiętać, panie, o jednym: Adam myśli, że całe życie będzie taki młody i wspaniały. Nie powiedziałeś mu, że umrze, że będzie stary, że będzie cierpiał…
No tak, to fakt – oni myślą, że tak będzie zawsze! Trzeba było poważnie z nimi pogadać. Głupio mi było, że tyle czasu trzymałem ich w iluzji wiecznego szczęścia, więc – trochę się tego wstydzę – powiedziałem im tak:
– Od teraz, za karę, że zjedliście owoc z drzewa, z któregom wam jeść zabronił, będziecie śmiertelni wy i dzieci wasze! I będziecie czuć pożądanie do siebie i będziesz, Ewo, dzieci w bólach rodzić.
Wokół szumiały drzewa, opodal parzyły się dwa zajączki, a oni dziwnie i ze strachem na mnie patrzyli. A mnie się serce krajało. Dlatego powiedziałem na ucho Adamowi:
– Ale za to z nią będziesz miał takie uciechy, o jakich ci się nie śniło. Popatrz na te zajączki…

I stwierdziłem, że więcej na Ziemię nie schodzę (potem kilka razy musiałem, ale ogólnie trzymałem się fizycznie z daleka). Za to Szatan zasmakował w rozmowach z ludźmi i wizytach na padole. I dbał tam całkiem nieźle o moje interesy. Potomkowie Adama zanosili mi ofiary, w wyniku Szatańskich intryg porozłazili się po całej Azji Mniejszej. Ci poprzedni ludzie, z Afryki, wyginęli w końcu. Szatan mówił, że to dlatego, że się nimi nie zajmowałem, że przestało mi na nich zależeć. Smutne to, ale trochę tak było…

Jednak Szatan nie od razu nauczył się rządzenia ludźmi. Po obiecujących początkach wszystko szło nie tak: wojny, rozboje, kazirodztwo, dzieciobójstwo – co chcesz. Ludzie rodzili się coraz mniejsi, coraz głupsi i coraz bardziej okrutni. Trzeba było w końcu coś z tym zrobić.
– A zalać to wszystko w cholerę i zacząć od nowa – zdenerwował się kiedyś Szatan.
– Na głowę upadłeś?! – krzyknąłem tak głośno, że usłyszał mnie kręcący się nieopodal Dionizos, młodziutki jeszcze wtedy bożek rozpusty i wina, plotkarz jakich mało.
– Z nich już nic nie będzie – rozłożył ręce mój pomocnik. – Wiesz, panie, co to jest chów wsobny? Oni się mnożą jak chcą, bez ładu i składu, przynajmniej większość. Trzeba to skończyć.
Oddalając się, prawie wszedłem na Dionizosa.
– Na głowę upadł, na głowę! – mruknąłem, ni to do niego, ni to do siebie.
Dionizosowi takie się to wszystko, nie wiadomo dlaczego, śmieszne wydało, że potem wszyscy zaczęli Szatana nazywać upadłym aniołem i nawet do ludzi doszła ta ksywa. A że pamiętano na Ziemi jego wizytę niegdysiejszą, jeszcze bardziej trafne wydało się tam to miano. I niektórzy mówili, że Szatan to upadły anioł, bo spadł kiedyś z nieba na Ziemię. Ale do rzeczy.

Przekonał mnie w końcu Szatan Upadły Anioł do zrobienia potopu. Ale najpierw znaleźliśmy taką rodzinkę, co była w miarę spoko, to znaczy – parzyli się między sobą dopiero od zeszłego pokolenia, więc mieli w miarę dobre geny i znali się trochę na budowaniu statków. Tych postanowiliśmy rozmnożyć. Ojcem rodziny był Noe – koleś bardzo uczciwy, jak na tamte czasy, ale bez najmniejszej szczypty daru przekonywania. Tylko rodzina go jako-tako szanowała i słuchała. Sąsiedzi zlewali go z wysokiego mostu.
– Jeśli zacznie rozpowiadać wszystkim o potopie, to nikt mu nie uwierzy – zauważyłem.
– I o to chodzi, stary! I o to chodzi! – gruchnął mnie w plecy Szatan.
Powiedziałem Noemu, że będzie wielki deszcz i cała ta ich cywilizacyjka pójdzie z bąbelkami. Noe nie lubił cywilizacyjki, bo cywilizacyjka nie lubiła jego – niedorajdy. Ucieszył się, gdy powiedziałem, że on, jego rodzina, szczególnie jurni synkowie i rozłożyste córy, mają ocaleć w arce, którą zbudować miał on. Wziął się raźno do roboty, a gdy już było po wszystkim, zatopiłem w pierony całą Azję Mniejszą z przyległościami.

Jeszcze w tamtych czasach zszedłem na Ziemię kilka razy, kiedy stwierdziliśmy z Szatanem, że ludzie są już za mądrzy, żeby tak po prostu mnie czcić. Zrobili się jacyś tacy rozlaźli, ospali, pogubili się. I wykorzystali to Egipcjanie. Podbili moich wyznawców i zaprzęgli do roboty. Trzeba było się tam wybrać i dać im jakieś wytyczne, bo sytuacja była poważna. Mogłem w sumie kazać bożkom Egipcjan uwolnić moich ludzi, ale nie byłoby wtedy zabawy. Poza tym chciałem udowodnić zarówno im, jak i ludziom, Szatanowi i chyba sobie, że żeby zwyciężać, wcale nie muszę nic kazać nikomu, oprócz moich ludzi. Znaleźliśmy zatem takiego gościa, co nie miał zbyt wiele do roboty, bo go adoptowali Egipcjanie, a wydawało się, że będzie dobrym przywódcą. Nazywał się Mojżesz.

Pamiętam ten pierwszy moment. Przygotowałem już wszystko! Kilka miesięcy ćwiczyłem głos: tym tonem powiem, nie – tym, nie – jeszcze inaczej. Dyskusję o to jak mu się pokazać trwały latami. To nie było takie o, jak wtedy, z Noem. Zanosiło się na dłuższy kontakt z tym gościem. Trzeba było nadać temu jakąś formę. Padło w końcu na ten krzak gorejący. Wszystkie scenariusze rozmowy miałem opracowane, co odpowiem na to, na tamto, kilka wersji wstępu dokładnie wykułem na blachę. Najgorzej było z pierwszym zdaniem. Wymyśliliśmy chyba z pincet propozycji. W końcu nadszedł właściwy moment.
– Mojżeszu! – zacząłem z krzaka.
I byłem przygotowany normalnie na wszystko. Na to, ze zapyta mnie o stworzenie świata, o to, czy naprawdę wyglądam tak jak ten krzak gorejący, o kosmos, o przyszłość, przewidziałem też, że może zacznie uciekać, no, wszystko, co się da. A ten wzruszająco prosty człeczyna, z wybałuszonymi na mnie, to znaczy na krzak gałami, na ugiętych kolanach, pyta mnie:
– Kim jesteś?
Mowę mi odjęło. Zgłupiałem. Miałem w głowie pustkę. Teraz miałem wymyślać sobie imię, którym moja armia będzie mnie nazywać do końca swoich dni, a nigdy się nad tym nie zastanawiałem. W pierwszej chwili paniki miałem ochotę uciec od odpowiedzialności i powiedzieć, że nazywam się Szatan, ale na szczęście ugryzłem się w język. To bym dopiero namieszał! W końcu wypaliłem coś, co było najgłupszą rzeczą (oprócz „Szatana”), jaką tylko mogłem powiedzieć, prawie słysząc jak Szatan pokłada się ze śmiechu. Powiedziałem:
– Jestem kim jestem!
A mogłem takie ładne imię jakieś sobie wybrać… Ludzie podeszli do tego z właściwym sobie brakiem poczucia humoru i w pewnych kręgach do dziś wypowiadanie nawet tłumaczeń „jestem kim jestem” to straszna zbrodnia!

Ale z Mojżeszem się udało. Egipcjan utopiliśmy, lud ciemiężony wyzwoliliśmy, bożkom egipskim, którym przy okazji zaproponowałem mały pojedynek (każąc im po prostu wynosić się, bo zabiję, okazałbym swoją słabość psychiczną, poza tym nie lubię przemocy), nosa utarliśmy.

Tymczasem w dalekich Indiach ludzie odbywali bardzo dziwne praktyki. Półnadzy jogini mogli godzinami, ba! całymi dniami siedzieć nieruchomo i oddychać. To szatan doniósł mi o tym, że widział, jak z takiego jogina duch unosi się wysoko i błądzi po wszechświecie. Dziwne to było bardzo i poczułem się z lekka nieswojo. Dlatego ruszyłem na spotkanie temu człowiekowi i rozmówiłem się z nim krótko, a treściwie. Pamiętając doświadczenia z Mojżeszem, przedstawiłem się tym razem bardzo ładnie:
– Ja jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Ojcem Tego, Co Jest i Co Będzie!
Nawet nie odpowiedział, tylko lotem błyskawicy wrócił na Ziemię i zaczął rozpowiadać wszystkim kogo to spotkał w… hehe… „innych sferach rzeczywistości”. Potem ogłoszono go świętym.

Tyle, że ci Hindusi, zupełnie inaczej niż lud Mojżesza, zaraz chcieli też mnie zobaczyć. Nie wystarczył im ich święty. I musiałem się ciągle ukazywać tym, którzy opuszczali swoje ciało i docierali do mnie, i przedstawiać się im. A wierzyli oni we wszystko, co im powiedziałem. A im z kolei wierzył prosty lud.

I tak stali się ludzie moimi wyznawcami pełną gębą. Było to niesamowicie przyjemne, ale – skończyła się zabawa. Zbyt się zaangażowałem. Szatan, owszem – mógł sobie tu i tam się pobawić, mało kto go poważnie traktował, ale ja? Nie było już odwrotu. Zostałem Bogiem…

III
Szatan coraz częściej bywał na Ziemi. Dziwnie się między nami zrobiło jakoś. Niby cały czas był na „nie”. To, co ja zbudowałem, on zaraz niszczył. Zanim się przestaliśmy do siebie odzywać, uważał mnie za wszechmocnego pana i władcę. W sumie to przekonał mnie, że istniałem zawsze, a właściwie, że „zawsze” pojawiło się razem ze mną… W ogóle w filozoficznych dysputach nie miał sobie równych. Przecież on rozfilozofował całą starożytną Grecję! Nie miałem najmniejszego pojęcia po jakiego grzyba, skoro myśl ludzka kwitła w najlepsze w Azji, zaczął mącić w tych małych skupiskach na zapomnianym półwyspie barbarzyńskiej Europy. Dopiero potem wyszło, że zrobił to po to, żeby ten koleś z Afryki, no, ten rozbójnik, co potem „Wyznania” napisał i go świętym zrobili, zaczął tak mieszać ludziom w głowach co do tego jaki to ja niby jestem, że normalnie nie wiem! Nie zostawił mi najmniejszej cechy charakteru, byłem czymś, ale niczym. Skąd te bzdury wziął? Od Platona wziął! I ten drugi, z Akwinu, Tomasz. Wymyślił takie dowody na moje istnienie, że potem ich obalanie ćwiczyli sobie studenci na pierwszych wykładach z filozofii religii… Uczył się koleś na Arystotelesie, ale jak Szatanowi Arystoteles ciągle nowe koncepcje do łba wstrzeliwał, to Tomasza zostawił już w spokoju, na pastwę jego małego, ludzkiego móżdżku!

Przepraszam, uniosłem się. Miałem mówić, że się dziwnie zrobiło między mną i Szatanem. Najpierw to zaczęliśmy się całkiem fajnie dogadywać. Przestał być jakiś taki pokorny, razem żeśmy boki zrywali ze śmiechu jak ludzie wymyślili, że on się zbuntował i spadł z nieba, i jak zaczęli mówić o nim „upadły anioł”… To znaczy, ja tak trochę niepewnie zrywałem te boki, bo coś mnie w związku z tym kłuło w tyłku, tylko nie wiedziałem jeszcze co…

Wszystko robił odwrotnie niż chciałem, ale dzięki temu ludzie coraz bardziej umacniali się w wierze. Namówił ich do zbudowania ogromnej budowli, twierdząc, ze jak tego dokonają, zrównają się swoją potęgą ze mną.
– Czyś ty zgłupiał?! – krzyknąłem na niego. – Przecież oni jak tylko zobaczą, że nie siedzę tam na chmurce, dwa kilometry nad nimi, stwierdzą, że mnie nie ma w ogóle i będzie po wszystkim!
Szatan zamyślił się na chwilkę (albo udawał, że się zamyśla) i rzekł po prostu:
– No tak. Masz rację. Sorry.

No i musieliśmy rozwalić im tę wieżę. Ależ fama poszła wtedy po świecie, że potężny Bóg ukarał pychę swego ludu! A ja się zacząłem zastanawiać: dlaczego ten Szatan jest niby tak diabelnie chytry, a jednocześnie taki głupi…

W końcu żeśmy się założyli o tego Hioba. To było po tym, jak dopadł mnie kryzys. Oj, ostrego doła miałem, zwątpiłem mocno w sens tego wszystkiego, poczułem się nagle jak jakaś tam jedna z miliardów istot we wszechświecie, nie lepsza od tych wszystkich ludzi.

Bo zapomniałem powiedzieć, że byli różni tacy tutaj, poza Ziemią, co też się chcieli pobawić. Pokazywali się to tu, to tam, a potem mieli ubaw z reakcji ludzi. Nie przeszkadzałem im, póki za bardzo się nie wtrącali. Śmieszne to było. Tak jak z tym Egiptem – pokazał się takim Aztekom czy Egipcjanom jeden i drugi młokos w postaci człowieka z głową wilka albo sępa, a oni zamiast się śmiać z tych popisów przerazili się i zaczęli czcić te pokraki, pomniki im stawiać, innych ludzi zabijać w ofierze… zero poczucia humoru. Ja w tych zabawach nie uczestniczyłem, żeby się nie zniżać do ich poziomu. A miałem wśród tych małych bożków posłuch nie gorszy niż u ludzi i też można było się nimi pobawić, jak się chcieliśmy trochę podbudować. Ale ludzie byli ciekawsi, dlatego zresztą o nich tu rozprawiam, a nie o bożkach.

Ale wracając do Hioba: Nie mam pojęcia dlaczego Szatan aż tak się zdenerwował, kiedy powiedziałem mu, że jest ode mnie lepszy, potężniejszy, mądrzejszy, silniejszy i gdyby chciał, to by mi mógł tych ludzi sprzątnąć sprzed nosa i zrobić z nimi co chce, że jakby zrobił im trochę większą rozpierduchę, zaraz by we mnie zwątpili.
– Taaak?! – zaperzył się. – To zobaczymy! Popatrz na tego gościa – wskazał Hioba. Koleś ma wszystko, co mu trzeba do szczęścia i wierzy, że uzyskał to dzięki tobie. Tak wierzy w to, że to ty mu to wszystko dałeś, że rozpływa się, zobacz, z wdzięczności.
– No i co?
– Dam mu zaraz tak popalić, że nic mu na świecie nie zostanie. W twoim imieniu, żeby jeszcze trudniej było. Jeśli odwróci się od ciebie – okej, zostaję na Ziemi, a ty szukaj sobie innego świata.

Dziwny to był zakład. Hiob stracił dom, rodzinę, zdrowie… wszystko. Bardzo chciałem, żeby mimo to dalej uważał mnie za Boga, żeby łyknął to wszystko bez zająknięcia. I tak się właśnie stało! Patrzyłem zdumiony jak ślepy, schorowany i obdarty, przy zgliszczach swojego majątku i grobach rodziny wołał, że jestem jego panem i władcą… Właśnie tak, jak sobie tego życzyłem. Gdy tak patrzyłem na niego nieruchomo, w milczeniu i tysiące myśli kłębiły się w mojej głowie, podszedł do mnie Szatan.
– Naprawdę, stary – powiedział. – Ty ich stworzyłeś, ty nimi kierujesz swoją wolą, a oni słusznie uważają, że jesteś ich panem i władcą.

IV
Można by przypuszczać, że wszystko było takie różowe i do samego końca przebiegało jak trzeba. Niestety, moje wątpliwości co do własnego pochodzenia i tego kim naprawdę jestem miały uderzyć raz jeszcze, ze zdwojoną siłą, i to za sprawą jednego człowieka…

Któregoś razu przybył do mnie pewien jogin z Indii. Powiedziałem mu to, co każdemu innemu: „Ja jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Ojcem Tego, Co Jest i Co Będzie!” Ale on nie uciekł. Żachnął się tylko:
– Jasne… Niby skąd ci taki pomysł do głowy przyszedł?
Zatkało mnie z lekka, ale odpowiedziałem:
– Byłem tu pierwszy i z mojego życzenia te wszystkie istoty powstały! Odejdź, nędzny człowieku, bo zniszczę cię w mgnieniu oka swoją wszechwładną mocą!
Jogin spojrzał na mnie dziwnie, trochę jak na idiotę, trochę jak na wariata, któremu trzeba współczuć, pokręcił głową i niespiesznie… zniknął. Nie poleciał na Ziemię tylko zniknął. Zidentyfikowałem jego ciało, siedzące pod wielkim drzewem w pozy-cji medytacyjnej joginów.

Opowiedziałem o tym zdarzeniu Szatanowi. Ten zasępił się i długo, długo myślał.
– Sprawdzę to – rzucił nagle i już go nie było.
Wrócił ledwo żywy.
– Osz kurde – powiedział i długo nie mógł złapać tchu. Patrzyłem na niego z przestrachem. – Pamiętasz to drzewo poznania dobra i zła, cośmy wymyślili kiedyś w Edenie?
Skinąłem głową. Co ta sprawa mogła mieć wspólnego z naszym joginem?
Niepotrzebnie wprowadziliśmy to w życie. Chyba owoce tego drzewa nadal kiełkują w umysłach ludzkich. Ten tam jogin nazywa się Siddhartha. Nie wierzy w to, że jesteś stworzycielem, nie wierzy w to, że jesteś wszechmocny i że bez twojej łaski cokolwiek jest możliwe. Nie wierzy też, że najwyższym szczęściem, jakie może spotkać człowieka, jest spotkanie ciebie i obcowanie z tobą. On twierdzi, że poza tym światem jest inny, taki, w którym można być całkowicie wolnym, i że on ten świat poznał i gdy umrze, przeniesie się tam na zawsze.
To jakieś bzdury!
Pewnie, że bzdury. Tak jak bzdurą był nasz wymysł o tym drzewie w Edenie. Ale – jak już się po wielekroć przekonałeś, twoja wola zasiewa ziarno. I tamten żarcik właśnie takie ziarno zasiał.
– Ale to bzdury, więc czym się przejmujesz?
– Może ten człowiek narobić sporego zamieszania w głowach ludzi. Mogą się od ciebie odwrócić!
– To trzeba go unieszkodliwić!

I próbowaliśmy różnych sposobów. Najlepszym z nich wydawało się nasłanie na niego jego własnego ucznia, którego Szatan przekonał, że Siddhartha, zwany od niedawna Buddą plecie głupoty, bo chce władzy nad ludzkimi umysłami. Ale ilekroć uczeń ten próbował dokonać zamachu na życie Buddy, nie udawało się. Raz nawet wielki kamień, który miał spaść Buddzie prosto na łeb, zatrzymały dwie skały, które poruszyły się wtedy. Szatan spojrzał na mnie:
– Ej, co robisz! – zapytał.
– To nie ja! – krzyknąłem w najwyższym zdumieniu. – To nie ja! Nie wiem co to!

Najgorsze, że inne istoty z mojego wymiaru zaczęły temu gościowi pomagać. To wszystko było beznadziejne. Opuściłem Ziemię i schowałem się znowu tam, gdzie się wszystko zaczęło. Dopuszczałem do siebie tylko Szatana, który informował mnie o wszystkim. Budda to był nieźle pokręcony koleś. Był kiedyś księciem, miał żonę, dziecko, pałace, służbę – no, wszystko, co tylko można było mieć wtedy w Indiach. Ale on sobie wymyślił, że będzie mistykiem. I w końcu uciekł z tego pałacu, zostawił swoją biedną kobietę (a niezła była z niej laska – tak przynajmniej mówił Szatan, który znał się na kobietach, oj, znał!), zostawił dziecko i został ascetą. Słomianego zapału to on nie miał – kilka lat prawie nic nie jadł i nie pił, medytował, nawet najbardziej hardcore’owi twardziele wśród ascetów podziwiali go. Ale w końcu rzucił to tak samo nagle, jak wcześniej pałac. Wstał, wszamał całą michę ryżu i sobie poszedł. Potem usiadł pod drzewem i tak siedział, siedział, siedział… i nagle coś się z nim stało takiego właśnie, że przyleciał do mnie. Resztę znacie.

Szatan mówił, że spoko, że Budda ma tylko garstkę wiernych towarzyszy, że niedługo umrze i będzie po kłopocie. To, co głosi, nie przetrwa nawet tysiąca lat, tym bardziej, że dopuścił do swojej gromadki pięknoduchów kobiety (zresztą Szatan nie omieszkał mu tego zasugerować).

Ja jednak siedziałem jak na szpilkach. Coś tu się działo takiego, nad czym nie miałem kontroli.
– Masz kontrolę nad wszystkim – mówił Szatan. – To prawda, że trochę namieszało to drzewo z Edenu, ale przecież i ono zostało wymyślone przez ciebie, więc tak naprawdę wszystko co się dzieje, dzieje się za twoją przyczyną. Musisz tylko uważać.
– Zaraz, zaraz – nie dawała mi spokoju pewna myśl. – Nie rozumiem co ma jedno do drugiego. Skoro to było drzewo POZNANIA, to może ten człowiek rzeczywiście POZNAŁ coś, co przeczy wszystkiemu. Może ma rację. Może nie jestem stwórcą, nie jestem wszystkowiedzącym i wszechmocnym ojcem wszystkiego, co jest i co będzie.
– E tam. Pewnie, że jesteś. On jest takim człowiekiem, jak wszyscy inni przez ciebie stworzeni. Robi się stary i niedługo umrze.
– A jeśli nie umrze?
– Jak ma nie umrzeć, skoro wszyscy umierają?
– Zobaczymy…
I zobaczyliśmy. Budda umarł. Ale nie było go ani w Niebach, ani w Piekłach, gdzie trafiali wszyscy moi wyznawcy. Cuda i dziwy… Szatan tłumaczył, że przecież nie był moim wyznawcą i nikt nie powiedział, że trafi do Nieba albo do Piekła. Tymczasem w Izraelu powstawały głębokie traktaty teologiczne, będące najlepszym dowodem, że nikt tam nie miał wątpliwości co do prawd głoszonych w moim imieniu.

Przed dalszymi poszukiwaniami Buddy powstrzymywał mnie Szatan.
– Po co masz się denerwować – mówił. – Dobrze w ogóle, żeś nie słuchał tego wszystkiego, co on tam plótł. Toż to takie bzdury były, ze skonać można było!
Machnąłem ręką. Może i ten gość odkrył jakiś inny świat, ale na tym świecie, czy chciał, czy nie – musiał umrzeć. I od tej pory wszystko było jak dawniej (oprócz gromadki zapaleńców – jego wyznawców, którzy nie szkodzili mi jednak zbytnio). Gdybym chciał, mógłbym zesłać kolejny potop. A on – nie.

Ziemię obserwowałem z daleka. Szatan za to przebywał tam coraz częściej. Fajnie mieć kogoś, komu sprawia frajdę babranie się w szczegółach, które mnie przeważnie nie interesują. Mogę mieć całkiem spokojną głowę.

Powiem jeszcze o tych Niebach i Piekłach. Ludzie, jak umierają, idą właśnie tam. Jak przestrzegają moich praw, są dobrzy dla siebie, modlą się i rozwijają duchowo – idą do któregoś z Nieb (chociaż większość wierzy, że jest tylko jedno Niebo i ja tam mieszkam, ale kto by się tam przejmował w co oni wierzą, ważne, żeby wierzyli we mnie). W tych Niebach myślą, że są bóstwami, ale mało kto w to wierzy na Ziemi. Głównie w Egipcie, w Ameryce i w Indiach (tych ostatnich nie obczajam do końca, mają tak pokombinowane we łbach, że sami nie wiedzą chyba co tak naprawdę myślą) czczą tych bożków z Nieb, ale ja im pozwalam. I tak to się będzie musiało kiedyś skończyć, bo wiara we mnie jest na Ziemi najsilniejsza i już niejednego bożka wykorzeniłem z umysłów ludzi. Ma to, przyznam, pewną funkcję autoterapeutyczną – dzięki takiemu powolnemu zdobywaniu Ziemi, nawet pod różnymi imionami, cały czas się przekonuję o tym kto naprawdę rządzi i dzięki temu wszelkie wątpliwości egzystencjalne, które miewam trwają nadzwyczaj krótko.

V
Od czasu historii z Buddą–Siddharthą musieliśmy cały czas trzymać rękę na pulsie. Kiedy tylko pokazywał się ktoś – szczególnie w Azji Mniejszej, kto przejawiał jakieś większe zdolności psychiczno–mistyczne, zaraz brałem go pod swoje skrzydła. Wymyślaliśmy z Szatanem różne sposoby na to, żeby ludzie, wierząc w takiego kogoś, wierzyli jednocześnie bardziej we mnie. Narobiło się proroków, świętych i mistyków, że hej! A potem pojawił się Jezus.

Jezus był chyba najszlachetniejszym człowiekiem, jaki zrodził się na Ziemi. Pochodził z ubogiej, ale uczciwej, nawet jak na tamte czasy, rodziny. Wszystkim pomagał jak umiał, całe dnie spędzał na szukaniu okazji do zrobienia czegoś dobrego, wszyscy go wprost uwielbiali. A w nocy modlił się, medytował, myślał… Dla Żydów był trochę zbyt dociekliwy, jeśli chodzi o prawo Mojżeszowe. A nawet o wiele zbyt dociekliwy. Trzeba było na niego uważać, bo Sokrates to był przy nim pestka. Ale wtedy jeszcze nie za bardzo się nim zajmowałem.

Dowalił drew do pieca, jak to mówią, dopiero taki jeden Jan. Człowiek opętany przez własne wizje, szalony. A wtedy ludzie w tamtych okolicach byli wyjątkowo spokojni, rozważni i – rzekłbym – nawet przyziemni. Kiedy tylko Jan zetknął się z Jezusem, coś go po prostu opanowało. Wyczuł, że tamten jest jednym z tych mistyków i od razu: „Jezus, Jezus, wspaniały człowiek, to wysłaniec, mesjasz, prorok!” I się porobiło…

Jezus cieszył się, że ten nieco nadekspresywny dziadek o szalonym wejrzeniu tak go polubił, bo jakoś ludzie mało go słuchali (dzięki temu zresztą musiał wyrobić sobie dar przekonywania, z którego potem był sławny). I zaczął Jan rozpowiadać, jak to gołąbek nad Jezusem fruwał świetlisty, jak to aniołowie trąbili, a potem to myślałem, że normalnie spadnę z nieba, jak wypalił, że słyszał głos Boga mówiący: „Oto mój syn umiłowany!”. Cholerna ludzka wolna wola!

Szatan do dzisiaj mi wypomina moją słabość do Jezusa. Bo w sumie to niesamowity człowiek był. Urzekał mnie w jakiś sposób. A trzeba było działać szybko, bo po tym, co powiedział Jan, to albo tak, albo tak. Gdybym nie wszedł do akcji, to zaraz by się okazało, że Jezus żadnego poparcia z niebios nie ma i by go ukamienowali razem z Janem jako bluźniercę. A szkoda mi go było, naprawdę. No i go adoptowałem.

I zaczęło się. Jezus nauczał bardzo mądrze, naprawdę, trzeba było tu takiego kaznodziei jak on już od dawna. I zgadzałem się z nim, obiema rękami mógłbym się podpisać pod tym, co mówił. Ale rozgorzały kłótnie: czy on jest mesjaszem, który ma zejść na ziemię według słów jakichś tam proroków, czy jest tylko zdolnym mówcą? Czy jest naprawdę moim synem? Uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych, ale takie rzeczy robili już w Indiach co poniektórzy. Tyle, że tutaj ja maczałem w tym palce. Chyba. Miałem do chłopaka taką słabość, że wspierałem go we wszystkim, co robił. Trzeba przyznać, ze trochę jednak uderzyło mu to do głowy (w końcu był tylko człowiekiem). Trochę zbyt dosadnie się wyrażał, nie miał, jak to mówią, zbyt dobrego PR i wielu ludzi po prostu nie mogło go znieść. I w końcu sprawa Jezusa stała się sprawą polityczną i zabili go Rzymianie. Choć właściwie sam się poświęcił, żeby ratować życie swoich uczniów i zwolenników. Żeby nie doprowadzić do zaognienia konfliktu. Żeby nie zginęli inni ludzie. Wziął na siebie wszystko, o co oskarżano jego i tych, którzy go popierali.

Z tą jego śmiercią to trudna była sprawa. Chciałem go ratować, ale Szatan jakby fioła dostał. Myślałem, że mnie zwyzywa, z takim zapamiętaniem zaczął mnie od tego pomysłu odciągać. A ja byłem uparty… Szatan wołał:
– Co ty chcesz zrobić?! Przecież on nie po to się poświęcił, nie po to taki piękny gest czyni, za który będą go sławić pewnie do końca świata, żebyś to zmarnował! I co on potem zrobi? Powie: „A kuku! To był tylko taki żart!” I myślisz, że zyskasz na tym coś?
– Właśnie, że zyskam! – nie dawałem za wygraną. – Przekonam ludzi, że naprawdę mam moc wskrzeszania! Raz na zawsze uwierzą, że jestem wszechmocny! A poza tym ja nie chcę, żeby on umarł. Może i ma rację, ze jestem bogiem miłości. Tak! Jestem bogiem miłości i nie pozwolę umrzeć niewinnemu człowiekowi!
– Jakim bogiem miłości?! – żachnął się Szatan. – Tyle ludzi ginie cały czas, winnych i niewinnych, nawet o tym nie pomyślałeś. Jesteś egoistą, ot co! Nie chodzi ci o niewinnego człowieka, tylko o człowieka, którego lubisz bardziej niż kogokolwiek innego. A on i tak w końcu umrze!
– Niech ponaucza jeszcze trochę. Budda żył tyle czasu i zobacz ile krwi napsuł! Musi być jakaś równowaga!
– Jak i kogo będzie nauczał, Rzymian? Nikt go nie będzie słuchał! Zrobią Żydom taką rzeź, że zobaczysz! Myślisz, że w dalekim Rzymie będą się przejmować tym, że ktoś roznosi wieści o Jezusie, co go Bóg uratował od śmierci?!
Wytoczyłem ostatni argument:
– Ty się boisz, że nie uda mi się go uratować!
Szatan zdębiał.
– Ty się boisz, że ja wcale nie jestem wszechmocny! – ciągnąłem, bo nagle zdałem sobie sprawę z tego, że do tej pory nigdy nie zrobiłem niczego, co by ewidentnie na moją wszechmoc wskazywało. – Teraz jest moment, w którym mogę to udowodnić. I zrobię to.
Szatan popatrzył na mnie dziwnym, dzikim wzrokiem, ale powiedział cicho i spokojnie:
– Dobrze. Zrób to.
I wtedy straciłem odwagę. Rzeczywiście – taki gest nie mógł skończyć się dobrze. Poza tym – dlaczego Szatan miałby niby bać się, że okaże się, że nie jestem wszechmocny? Takie lęki mogli mieć ludzie, którzy usiłują dowieść wyższości mojej – swojego Boga – nad innymi bogami. Ale on? Chyba nie miał żadnych podobnych motywacji…

Naprawdę, żal było patrzeć, jak Jezus na chwilę przed śmiercią załamał się i pytał dlaczego go opuściłem. A mnie jakby sparaliżowało – nie zrobiłem nic oprócz spędzenia burzowych chmur i walnięcia kilkoma piorunami. Mimo zwątpienia, wylądował w najwyższym niebie, skąd jeszcze raz, trzy dni po śmierci, zszedł do swoich zwolenników, żeby pokazać im jaki z niego mocny gość.

VI
Na temat Jezusa stworzono masę legend, tak jak zresztą na temat Buddy i innych ludzi, odstających pod jakimś względem od reszty. Może i bez tych legend zapomnianoby o nim… W każdym razie moi wyznawcy podzielili się na tych, którzy Jezusa uznają za mesjasza i tych, którzy na mesjasza wciąż czekają. Jak to się z tym mesjaszem zaczęło – nie mam pojęcia. Prorocy coś namieszali.

A jednak okazało się, że Szatan znów miał rację. Po śmierci Jezusa zapanował względny spokój. Wielu jego wyznawców zginęło z rąk Rzymian, ale w końcu i Imperium nawróciło się na chrześcijaństwo. To właśnie za pomocą wiary w Jezusa, dzięki temu, że poświęcił się i umarł, pokonałem wpływy bożków w Rzymie, a potem w ogóle – w całej Europie.

Fajna zabawa to obserwowanie wędrówki ludów i przemian demograficznych na Ziemi. Tyle, że Żydzi się jacyś tacy porobili niemrawi. Zaczęli na nich i na chrześcijan napierać Arabowie. Pomyślałem sobie, ze przydałby się mojemu ludowi generał. I porządna armia. Rzym przejął chrześcijaństwo, ale Imperium zaczęło się walić, ubabrane w przekupstwie, rozpasaniu i całym tym syfie, który zawsze się pojawia, kiedy kraj jest zbyt silny i władza myśli, że nic mu nie zagraża. To zawsze jest początkiem końca. Oni też długo nie pociągnęli.

Tymczasem zrobiło się coś zbyt miłosiernie po tym, jak Jezus nagadał ludziom, że jestem dobry i że oni muszą być pełni miłości i nadstawiać policzek. Rzym w to uwierzył – i padł. Ci, którzy wykończyli Rzymian i też przejęli chrześcijaństwo tak naprawdę byli słabi, nie umieli się porządnie zjednoczyć i gdyby tylko Arabowie zapuścili się głębiej w Europę, nie pozostałby kamień na kamieniu. Wpadłem na świetny – godny prawdziwego stratega, jak powiedział Szatan – pomysł. Mieszkał sobie w mieście Mekka gość normalnie szalony. Ludzie się go trochę bali, trochę się z niego śmiali, ale – co było ważne – był on, że tak powiem „wrażliwy mistycznie”, a jednocześnie – twardy, zawzięty i niesamowicie wyszkolony w walce i w sztuce wojny. To właśnie za jego pomocą opanowałem Arabów. I groźba tego, że ktoś położy kres moim wyznawcom, zniknęła.

A było to tak:
Wysłałem do Mahometa, bo tak się ów gość nazywał, jednego z zaufanych i posłusznych mi aniołów (zwanych w Azji Wschodniej dewami), żeby do niego w moim imieniu przemówił. Na jednej gadce się nie skończyło. Szatan stał się na ziemi tak popularny, albo raczej – ze względu na specyfikę tego jak się tam zabawiał – niepopularny, że Mahomet ledwo dał się przekonać, ż to nie on do niego nawija, tylko ja, czyli anioł, czyli – niby ja. Znał, skubany, historię kuszenia Jezusa (bo zapomniałem powiedzieć, że Szatan sprawdzał Jezusa prawie tak samo jak wcześniej Buddę, kusząc go różnymi pierdołami, które ludzie tak lubią), wiedział, że diabli niekoniecznie muszą mieć rogi i ogon. Szatan już niejednego wykiwał i ludzie tracili do niego zaufanie. Uciekał się do coraz bardziej wyrafinowanych metod i wprowadzanie tych metod w życie było chyba jego ulubioną rozrywką intelektualną.
– Logika ludzka jest fantastyczna – mówił mi kiedyś. – Da się za jej pomocą udowodnić wszystko, co tylko chcesz, ale czasem trzeba się naprawdę nieźle nagłowić. Ludzie są coraz sprytniejsi i mądrzejsi. Ale jak się uda, to czuję się, jakbym normalnie stworzył dzieło sztuki.

No, ale miało być o Mahomecie, a nie o Szatanie. No więc, kiedy Mahomet już uwierzył, że rozmawia ze mną (nie obyło się bez pomocy Szatana, bo biedny anioł–dewa nie wiedział już czasami co robić), zaczął spisywać wszystko, co usłyszał. Oprócz takich różnych rzeczy, co i w księgach żydowskich zapisano, obiecałem Arabom w Mahometowej księdze między innymi to, że jak oni mi pomogą, to i ja im pomogę – tak wprost – po wojskowemu. Nie było tam tyle już o miłosierdziu, więcej o walce właśnie. Do bojowego plemienia trzeba było bojowym językiem. Poza tym – mieli być przecież moimi strażnikami i moją armią. I jeszcze dałem im tam do zrozumienia, że jak nie będą mnie słuchać, to znajdę sobie innych. W opisach raju daliśmy Arabom dziewice piękne ponad wytrzymałość wzroku. Szatan–kobieciarz nie mógł się powstrzymać. Ale niech coś tam po nim zostanie. Gdyby nie on, pewnie Mahomet nie dałby się przekonać, że to nie on – hehe, śmiesznie to brzmi – podyktował mu Koran.

Trochę tam próbowałem też naprostować to, co wcześniej sknociłem ja, Szatan albo sami ludzie. Powiedzieliśmy na przykład, że Jezus nie był tak naprawdę synem bożym, tylko prorokiem, wspaniałym człowiekiem, który jest w niebie i na pewno wpadnie na sąd ostateczny. I żeby nie było tak słodko, nie mówiliśmy tam za wiele o miłości. Raczej staraliśmy się używać słowa „litość”. Więcej było natomiast o karze. Niech sobie uważają.

Mahomet nie bawił się w finezyjne słówka. Jak ktoś nie chciał go słuchać, dostawał w ryło i tyle. To był żołnierz, z krwi i kości. Nie udało mu się specjalnie przekonać Żydów i chrześcijan do siebie, ale ja o to nie zabiegałem. W Koran uwierzyli Arabowie – i to wystarczy. Moich wyznawców było tylu, że nikt im już nie mógł zagrozić. Rozpanoszyli się od zachodnich krańców Europy aż po Indie. W tych ostatnich zresztą jakiś czas później moi ludzie zrobili taką awanturę, że po buddystach prawie śladu nie było. W ogóle – jeśli jakieś ludy w zasięgu moich wyznawców nie wierzyły we mnie i nie dawały się przekonać chrześcijanom „po bo-żemu”, to muzułmanie rozmawiali z nimi „po ludzku” i było po sprawie.

VII
I tak to się działo wszystko do momentu, kiedy nie było już właściwie kogo do siebie przekonywać. Zanim się obejrzałem, dzikie ludy w Ameryce czy w Australii, przejęły, a właściwie musiały przełknąć chrześcijaństwo, wrzepione im przez Europejczyków w sposób daleki od łagodności Jezusa. Jezus był w niebie, ale musiał w jakiś sposób odpokutować to, że wyrażał się wobec ludzi w tak radykalny nieraz sposób. Patrzył czasami na ziemie i rwał sobie włosy z brody: „Co oni zrobili z moją nauką! Jak te rzeźniki mogą się na mnie powoływać! Jak ja wyglądam w oczach niewiernych teraz?” Na szczęście byli też dobrzy chrześcijanie. Gdyby nie oni, Jezusa chyba by szlag trafił przedwcześnie. A był tam potrzebny, tak jak zresztą i Mahomet. Pojawiali się, wzywani przez co wybitniejszych mistyków. Nie mieli wyj-ścia. Zadziwiała mnie moc ludzi, którzy w imię Jezusa, Mahometa, czy moje potrafili robić różne rzeczy zupełnie ode mnie niezależnie. Szatan mówił, że to ja im takie prawo kiedyś dałem. Nie pamiętam, ale całkiem możliwe… Ogólnie jednak panował totalny burdel: wymyślili krucjaty, dżihad, reformacje, deizmy, ateizmy, terroryzmy – słowem – groch z kapustą.

Jakoś to wszystko trzymałem we względnej równowadze, ale w sumie nudno się zaczęło robić. Byłem potężnym, wielkim Bogiem, ale nie miałem żadnej konkurencji. To tak jak odpalić gierkę na najłatwiejszym poziomie, wpisać kod na nieśmiertelność i grać kilka godzin dziennie. Bez sensu. Trzeba było się rozejrzeć za jakimś przeciwnikiem poza strefą moich wpływów. Zostawiłem Ziemię Szatanowi i rozpocząłem poszukiwania. Moja świadomość przemierzała próżnię kosmosu, systemy gwiezdne, galaktyki, gromady galaktyk… Wszędzie roiło się od istot mniej lub bardziej podobnych do mnie, do ludzi, do zwierząt, demonów, duchów, ale nigdzie nie znalazłem nikogo, kto miałby tak ogromną władzę i tak wielkie wpływy jak ja. Były gdzieś daleko ogromne skupiska istot z tej samej, jak to mówią, gliny ulepieni, co ludzie, ale nie wierzyli w żadnych bogów oprócz tych, których sami sobie stworzyli (na Ziemi na szczęście zjawisko takie nie było zbyt często spotykane). Sami sobie byli bogami, rozwinęli niesamowite cywilizacje… ale olałem ich. Nie chciało mi się znów zaczynać. Widziałem, że długo się sobą nie nacieszą. Na jednej z planet już wyginęli. Zostały maszyny, które pobudowali. Chyba nawet to te maszyny powybijały ich co do nogi? Nie interesowało mnie to jednak, miałem to gdzieś. Dlaczego? Nie wiem. Może po prostu byłem już wtedy trochę zmęczony… Co więcej, czułem lekki niepokój, kiedy widziałem ich kosmiczne myśliwce, „gwiazdy śmierci”, miecze świetlne, stacje międzyplanetarne, zakony rycerzy Jedi… Nie wiem skąd ten niepokój wynikał. Może stąd, że wiele z tych ludów wyznawało coś w rodzaju buddyzmu, coś, co było religią, ale nie było związane ze mną? A może podświadomie bałem się, że ktoś inny stworzył te istoty? Bo w sumie nie miały wiele ze mną wspólnego, chociaż, ogólnie rzecz biorąc, pasowały do znanych mi schematów. „Widać moja wola jest znacznie szersza niż świadomość” – tłumaczyłem sobie to, że mogłem stworzyć istoty, o których nie miałem pojęcia. Mimowolnie jednak szukałem przez jakiś czas kogoś, kto mógłby stworzyć to wszystko. Aż w końcu trafiłem do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Było tam kilka istot, których pojawienie się miałem okazję zaobserwować dawno, dawno temu, zanim znalazłem lub stworzyłem Ziemię. Większość z nich nie zmieniła się ani trochę. Ich duchy unosiły się w przestrzeni. Ale wyczuwałem w nich coś nowego. Nie promieniowały już taka mocą jak wcześniej. Nie da się tego przełożyć na język ludzki, ale można to w przybliżeniu porównać do tracącej blask gwiazdy. Albo do gasnącego płomienia. Albo do… no właśnie – do starzejącego się i umierającego człowieka. To była starość. Te istoty, które były wcześniej przekonane o swojej nieśmiertelności, które były tu przez miliardy ziemskich lat, teraz gasły. W niektórych wyczuwałem strach, zaskoczenie, rozpacz, w innych spokój i poruszającą łagodność. Obok nich pojawiały się inne istoty, młode, energiczne, promieniujące ogromną żywotną energią. Rozpierzchały się na wszystkie strony lub pozostawały w miejscu podejmując odwieczną medytację, w której pogrążony był kosmos. Nigdy wcześniej nie miałem takiego poczucia podobieństwa do nich wszystkich. Jednocześnie zaś byłem obcy. Porzuciłem je, żeby zająć się drobnym, krwiożerczym ludkiem na jednej z odległych planet. Przestałem rozumieć własnych… ziomków. Nieistotne wydawało mi się teraz to, czy ja je stworzyłem, czy stworzył nas ktoś inny, czy po prostu powstaliśmy skądinąd… może tak jak ludzie – odradzając się raz na ziemi, raz w piekłach, kiedy indziej znowu w rajach, odrodziliśmy się tym razem w tej przestrze-ni, a kiedyś byliśmy kimś innym…

Pogrążony w myślach nie zauważyłem nawet, kiedy poniosło mnie daleko, daleko stąd. Wokół panowała zupełna ciemność, nie było tu żadnych gwiazd, żadnych istot, żadnych wędrujących dusz czy ciał niebieskich. Zdałem sobie sprawę gdzie jestem, gdy wibrująca życiem energia galaktyk przestała do mnie docierać. Panował idealny spokój. Spróbowałem wsłuchać się w niego. Bałem się jednak w jakikolwiek sposób poruszyć, żeby nie zburzyć tej wdzierającej się do umysłu i usypiającej wszystkie niespokojne myśli ciszy. Kiedy już przestałem czuć i myśleć cokolwiek, zapomniawszy o wszystkich pytaniach i problemach, jakie przede mną jeszcze niedawno stawały, w moim umyśle zaczęło kiełkować coś, co nie pochodziło ode mnie, coś, co nie było żadną uwolnioną spod przemożnego wpływu Ciszy myślą, a jednak w pewien sposób „brzmiało” klarownie i czysto. Nie lękaj się – kołatało mi się uporczywie w świadomości. Byłem bardzo ciekaw co to jest. A „to” najwyraźniej zdało sobie z tego sprawę, gdyż powiedziało: Jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Wszystkowidzącym, Wszechmocnym, Panem, Stworzycielem, Władcą, Mianującym i Wydającym Rozkazy, Ojcem Wszystkiego, Co Jest i Co Będzie. „Gdzie jesteś, pokaż się” – zażądałem. Jestem tu – odpowiedziało to coś i zamilkło. Cisza trwała nadal, niezwykły spokój przenikał mnie na wskroś tak, że nie czułem nawet, że jestem, choć przecież używałem w myślach słowa „ja” na określenie tego, co rozmawiało z dziwną istotą. „Tu, to znaczy gdzie?” – zapytałem. I wtedy wszystko wokół nagle zajaśniało. Cała przestrzeń wokół rozświetliła się pochodzącym nie wiadomo skąd światłem. Nie było już ciemno, lecz jednolicie biało. Jednocześnie wszystko mi się w głowie zaczęło układać. Wszystko oprócz jednej, drobnej rzeczy, o której zapomniałem. „Ty nie jesteś Buddą, prawda?” – wypaliłem bez sensu. Jestem wszystkim, co jest i wszystkim, czego nie ma, choć nie jestem niczym, co możesz nazwać. Uff, przynajmniej tyle. To nie jest Budda. Budda kopnął w kalendarz dawno temu. „Gdzie on jest?” – ciągnąłem jednak wątek, choć zdawałem sobie sprawę, że moje pytania są żałosne, odbijają moje małe lęki i niepokoje, mój mały, ciasny światek, podczas gdy stoję w obliczu czegoś tak potężnego, o czym mi się nawet nie śniło. Dziwny „głos” odparł jednak łaskawie: Nie bój się, Buddy nie ma. „Czy to ty mnie stworzyłeś?” Jestem Stworzycielem wszystkiego, co było, jest i będzie, a także stworzycielem tego, czego nie ma. Sam jestem w tym i sam jestem tym. Chodź do mnie.

Wybacz, komentowanie tymczasowo zablokowane.