Leonard Cohen w Amsterdamie
Autor: POlek
Moja ciągła nieodwzajemniona i nieodwzajemnialna miłość do Leonarda Cohena. Przez 20 lat ewoluująca od dziecięcego zaciekawienia i fascynacji, przez właściwe zbuntowanym nastolatkom poczucie więzi, którego nikt nie potrafiłby zrozumieć, przez pasję przedzierania się przez kolejne warstwy znaczeniowe tekstów, przez niepokój o jego zdrowie i powodzenie… ale pieśń pt. Take This Waltz i cała płyta I’m Your Man – pierwsze dźwięki, które wdarły się jako muzyka we mnie w moim życiu – wzruszają mnie do łez, odkąd tylko jestem w stanie do łez się wzruszać.
Na tych i innych pieśniach uczyłem się angielskiego. Ten ton głosu starałem się imitować, gdy tylko rodzice kupili mi syntezator. Te teksty nieudolnie tłumaczyłem, przerabiałem i jako własne darowałem swojej pierwszej przedlicealnej jeszcze miłości. Do tych środków wyrazu wciąż staram się dojrzeć. Na tych melodiach nauczyłem się grać na gitarze (choć ci, którzy nauczyli się grać na piosenkach Jimmy’ego Hendrixa grają znacznie lepiej ode mnie). Mogę śmiało powiedzieć, że żyję dzięki muzyce, a muzyka płynie we mnie dzięki Leonardowi Cohenowi. A dziś, dwa dni po koncercie, zastanawiam się czy jestem normalny, chodząc po lotnisku w Shiphol i tęskniąc do tego skromnego staruszka o wielkim sercu, talencie i niewyobrażalnej wprost pracowitości, tak jak tęskni mały chłopiec do ukochanego, prawie nigdy nie widzianego dziadka.
Nie przygotowałem się psychicznie na to, że ten koncert się skończy. Przy niesamowitej ilości bisów zapomniałem, że to końcówka. Kiedy zbiegał ze sceny (nonszalancja, z jaką traktuje swój podeszły wiek chwyta za gardło i nie daje uciec głębokiemu niepokojowi), nie wiedziałem, że to już ostatnie spojrzenie. Byś może ostatnie w życiu. Tęsknię. Jak dziecko.
Normalnych relacji z tego wspaniałego i pod każdym względem doskonałego koncertu musicie poszukać gdzieś indziej. Dla mnie było to po prostu spełnienie marzenia. I kolejny krok. Krok w przepaść dzielącą mnie od niego.
Zdjęcia z koncertu (Suzanne Jager)
Pieśń mojego życia:
[audio:http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/05-take-this-waltz.mp3]
Now in Vienna there’s ten pretty women
There’s a shoulder where Death comes to cry
There’s a lobby with nine hundred windows
There’s a tree where the doves go to die
There’s a piece that was torn from the morning
And it hangs in the Gallery of Frost
Ay, Ay, Ay, Ay
Take this waltz, take this waltz
Take this waltz with the clamp on its jaws
Oh I want you, I want you, I want you
On a chair with a dead magazine
In the cave at the tip of the lily
In some hallways where love’s never been
On a bed where the moon has been sweating
In a cry filled with footsteps and sand
Ay, Ay, Ay, Ay
Take this waltz, take this waltz
Take its broken waist in your hand
This waltz, this waltz, this waltz, this waltz
With its very own breath of brandy and Death
Dragging its tail in the sea
There’s a concert hall in Vienna
Where your mouth had a thousand reviews
There’s a bar where the boys have stopped talking
They’ve been sentenced to death by the blues
Ah, but who is it climbs to your picture
With a garland of freshly cut tears?
Ay, Ay, Ay, Ay
Take this waltz, take this waltz
Take this waltz it’s been dying for years
There’s an attic where children are playing
Where I’ve got to lie down with you soon
In a dream of Hungarian lanterns
In the mist of some sweet afternoon
And I’ll see what you’ve chained to your sorrow
All your sheep and your lilies of snow
Ay, Ay, Ay, Ay
Take this waltz, take this waltz
With its “I’ll never forget you, you know!”
This waltz, this waltz, this waltz, this waltz …
And I’ll dance with you in Vienna
I’ll be wearing a river’s disguise
The hyacinth wild on my shoulder,
My mouth on the dew of your thighs
And I’ll bury my soul in a scrapbook,
With the photographs there, and the moss
And I’ll yield to the flood of your beauty
My cheap violin and my cross
And you’ll carry me down on your dancing
To the pools that you lift on your wrist
Oh my love, Oh my love
Take this waltz, take this waltz
It’s yours now. It’s all that there is.
Byłem na koncercie w Sali Kongresowej w 1985 roku i w “Trójce” na promocyjnym koncercie Anjani w towarzystwie Leonarda Cohena. Niestety, w tym roku nie mogłem być we Wrocławiu i nie bedę w Warszawie dlatego Twoje relacje są dla mnie szczególnie cenne. Odbieramy Leonarda Cohena podobnie z tą jedyną chyba różnicą, że ja słucham Go od 33 lat i … nie mogę przestać. Pozdrawiam Pawełku.
Andrzej | 30 wrz 2008 | Odpowiedz
No tak, koncert w Amsterdamie był niezapomniany. Może dlatego, że pierwszy na jakim byłem, a może dlatego, że jeszcze nigdy nie jechałem specjalnie na jakiś koncert 1200km samochodem
A może z powodu tego, że Cohen był na wyciągnięcie ręki. Wydawało mi się, że na otwartej przestrzeni to nie pasuje, a jednak było świetnie. Rok później (czyli niedawno) byłem ponownie, ale tym razem w hali w Budapeszcie. Chciałoby się porównać te koncerty, ale po co – oba chociaż inne, to fantastyczne. Być może nieco lepszy repertuar w Budapeszcie, ale bliskość do sceny i ten kontakt z Nim zdecydowanie na korzyść Amsterdamu.
Zapraszam do pooglądania fotek z Amsterdamu: http://fotowyprawy.com/wydarzenia/music_lcohen.html
k.
jedenkg | 19 wrz 2009 | Odpowiedz