Droga stanem ducha

Z okna na szóstym piętrze widać było ogrodzony teren budowy – obetonowane piwnice i przeciągnięte nad nimi rury. Mógłbym całymi godzinami tu siedzieć i obserwować kocią rodzinę, koczującą przy blaszanym płocie. Mama dwojga kociąt przechodziła właśnie jedną z rur na drugą stronę piwnic, gdy Dziunio zwrócił mi na nią uwagę:
– Patrz, idzie polować.
Kocia mama powoli zagłębiła się w trawy i chwasty obrastające rozpoczęty budynek, by po chwili wyłonić się z drugiej strony ogrodzenia i wskoczyć na stertę betonowych płyt. Leżało na nich coś różowego, czym kotka skwapliwie się zajęła.
Tymczasem kociaki czekały na mamę w kącie budowy, gwarząc sobie z cicha:
– Ty, załatw szlugi, póki matki nie ma.
– Eee, ty załatw.
– Najmłodszy jesteś, to nie pyskuj, tylko śmigaj po fajki.
I najmłodsze, czarne kocię powędrowało leniwie „mostem”. Nie poszło jednak po fajki. Powolnym krokiem skierowało się ku matce, skubiącą wątpliwej jakości smakołyk, rozkładający się w sierpniowym słońcu. Tymczasem u Zuzi rozpoczynała się impreza, opuściliśmy zatem nasz punkt obserwacyjny i weszliśmy do mieszkania.

Był to już trzeci dzień naszej wędrówki, rozpoczętej w Szklarskiej Porębie zaraz po Giełdzie Piosenki. Chciałem najpierw, byśmy pierwszy jej etap pokonali w trójkę. Zapowiedziałem bowiem kiedyś Chickowi, że wezmę go ze sobą do K. – poety, który na starość osiadł w odludnym zakątku ziemi lubuskiej w poniemieckim budynku szkolnym, gdzie czas – tak jak i w całej wsi – zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Swoim pomysłem omal nie wyrwałem Chicka z korzeniami z sieci jego planów i zależności. Prawie już do nas dołączył, wysławszy rodzinę do Wrocławia pociągiem. Zreflektował się jednak w końcu i został. Kiwający się coraz zamaszyściej Dziunio z kubkiem piwa w dłoni namawiał go jeszcze, usiłując zapanować nad rozjeżdżającą się dykcją, ale nie zwracaliśmy już na niego uwagi. Kiedy Chick oświadczył, że rejterada na północ wiązałaby się ze sporymi wyrzutami sumienia, odpuściłem. Sumienie – rzecz święta, szczególnie u takiego człowieka jak Chick. Poszliśmy zatem na bazę przy akompaniamencie zachęcającego gardłowania Dziunia, który z rozmowy niczego nie usłyszał. Dopiero po dwóch godzinach, tuż przed odjazdem Cika zakrzyknął:
– Polek, zmiana planów, wszystko się sypie! Ciq mówi, że z nami nie jedzie!

Zostawanie dzień po Giełdzie ma w sobie coś z powolnego obdzierania się ze skóry. Wszyscy po kolei żegnają się, pola namiotowe pustoszeją, zaś piękna, jeszcze dzień wcześniej rozświetlona i tętniąca życiem scenografia leży w strzępach pod sceną. Nie miałem siły poznawać na tegorocznej edycji imprezy poznawać nowych ludzi, nie miałem siły gratulować wykonawcom i nagabywać idoli mojej młodości. Podziękowałem tylko za wspaniały koncert Janowi Błyszczakowi „Mufce”, a zwycięzcy giełdy, Waldkowi Pawlikowskiemu powiedziałem szczerze:
– Mam nadzieję, że zawsze będziesz pisać takie piosenki i szybko wydasz płytę, którą będę mógł kupić.

Najpiękniejsze są te wystąpienia, podczas których wyobraźnię zalewa tworzony przez dobiegające ze sceny dźwięki świat, świat wyrazisty i kuszący (lub odwrotnie – mroczny i budzący dojmujący smutek). Pawlikowski wymalował kamienisty, opustoszały step pod ciężkim od burzowych chmur, nieruchomym niebem. Wymalował go przed moimi oczami, mimo, że teksty – mocne, kunsztowne i szczere) dotyczyły czegoś zupełnie innego. Gdybym potrafił malować, za rok podarowałbym mu taki właśnie obraz.

II

Kiedy wreszcie dzień po Giełdzie Piosenki zebraliśmy się w drogę, na bazie wciąż zostało wielu niemogących rozstać się z festiwalem bywalców. Poszliśmy aż pod wodospad Szklarki, by tam wystawić kciuki i czekać na to, co nam los przyniesie. Przez kilka godzin jechaliśmy pod Zieloną Górę, rozmawiając z kierowcami o pieniądzach – był to temat, który najbardziej interesował wszystkich po kolei. Tak wykorzystywana jest dzisiaj ta słynna, opisywana w książkach na temat autostopu okazja do pozwierzania się obcemu, anonimowemu zabranemu z pobocza człowiekowi. Wysłuchiwane przez nas zwierzenia dotyczyły kredytów, zakupów, drogich i tanich przedmiotów, kont i lokat. Oto ciemna, a właściwie brudno-szara strona autostopu.

Moja kondycja fizyczna jest w fatalnym stanie. Nie mogę nawet zbyt długo siedzieć w kucki. Śmiech ogarnia mnie na myśl, że przez kilka lat usiłowałem medytować w pełnym, a potem pół- i ćwierć-lotosie. A jednak to wysportowanego i nie mającego żadnych z lotosami problemów Dziunia pierwszego ogarnęło zmęczenie, gdy utknęliśmy trzydzieści  kilometrów przed odludziem, gdzie mieszkał K. Spędziliśmy tam dobre trzy godziny. Samochody przejeżdżały raz na pół godziny i w końcu K. musiał zwinąć nas z trasy.

K. przywraca mi wiarę w szaleństwo i w to, że samotność nie grozi człowiekowi, który stosuje zasadę znajomego śpiewaka i balladzisty P., mówiącą, że na próby zaprzyjaźniania się z każdym szkoda czasu. Zasada niby oczywista, choć w wydaniu P., z jego podejściem do życia, jest mi zupełnie obca. Nie wierzę w żadne ludowo-katolickie zabobony, że niby w ludziach są jakieś pierwiastki dobra i zła, które trzeba poznać i osądzić. Sześćdziesięcioletni K., choć dusza-człowiek, zdaje się uznawać tylko ów zły pierwiastek, ale zarówno on, jak i jego rodzina sprawiają, że sparafrazuję – trochę żartobliwie – wspomnianą zasadę: szkoda czasu na szukanie względów u ludzi normalnych, skoro po ziemi chodzi tylu wspaniałych, znakomitych świrów.

K. jest autorem świetnych tekstów piosenek. Zajmuje się tą materią również naukowo. Bardzo liczyłem na jego opinię w sprawie swojego tekstu zjechanego na pewnym forum z zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn i w myśl jakichś wydumanych zasad. Myślałem nawet nad nieśpiewaniem tego tekstu (ciężko byłoby go napisać od nowa), gdyby negatywną opinię wydał jeszcze ktoś taki jak K. Ucieszyło mnie zatem, kiedy ten oświadczył, zanim zdążyłem zapytać:
– Czytałem opinie o twoim tekście na forum. Najchętniej poustawiałbym tych wszystkich mądrali pod ścianą i poobstawiał kurwami jak sztachetami. Oni nie mają o tym pojęcia.

Oprócz nas gościło u K. jeszcze kilka osób. Choć generalnie stronię od ognisk, gdzie na dziesięć gitar śpiewa się od lat tych samych kilkanaście piosenek, które – choć piękne – wychodzą mi już od dawna bokiem. Tym razem żałowałem tylko tego, że prócz mnie nikt nie grał i nie śpiewał pieśni Cohena, Kelusa, Kleyffa i Kaczmarskiego – bo takiego repertuaru domagali się  zgromadzeni. K. najbardziej ceni twórczość autorską, więc mogłem zagrać też kilka swoich kawałków. Nocne rozmowy trwały do szóstej rano. Tylko Dziunio poszedł spać o drugiej. Ale jego czas nadszedł dnia następnego.

Średnia wieku zgromadzonych u K. gości wynosiła więcej niż suma wieku mojego i Dziunia. Opowiedziałem jednak Dziuniowi o córce K., która nie dość, że miała piękny głos, to jeszcze drastycznie ową średnią obniżała. Z tego też powodu Dziunio następnego dnia na pytanie o godzinę pójścia spać odpowiedział:
– Weeź, o szóstej! I o mało nie wylądowaliśmy w Zielonej, i to na piechotę!

III

Do końca tego tygodnia chcieliśmy zwiedzić jeszcze kilka miejsc, pożegnaliśmy się zatem z gościnnymi gospodarzami i ruszyliśmy na północ. Poznań, Poznań… Tyle bólu, tyle przyjaźni, tyle samotności… I zawsze ten stan ulotności, stan Drogi, który wszystko potęguje. To wszystko, co się wydarzyło, co wyleczył czas, to wszystko – zamiast Miasta – stanęło mi przed oczami, gdy tylko wysiedliśmy z samochodu.

One wcale nie chcą odejść
Sfrunęły się jak ptaki do ziarna
Zagłuszają szept chwili
Zasłaniają miasto z którym chcę się przywitać

Dopiero po wypiciu mrożonej kawy w znajomej knajpce Dziunia Poznań wyłonił się zza mgły i rozpoczął nową opowieść. Jej finał przybrał postać trwającej do późnej nocy imprezy i naszym porannym wyjściem na kolejną szosę.
Jechaliśmy z wariatem. Dziunio, który siedział z przodu, twierdził, że kierowca był na prochach, choć ja jestem w stanie wyobrazić sobie takich, co na trzeźwo potrafią podczas jazdy oglądać się i głośno zaczepiać każdą mijaną młodą dziewczynę i ścigać się rozklekotanym gruchotem z innymi palantami z prędkością 140 km/h, mimo, że kilka dni temu Policja zabrała im prawko, a przy tym pieprzyć takie durnoty, że jaja opadają. Po jednym z licznych ostrych hamowań Dziunio zapytał:
– Miałeś już jakiś wypadek?
– Ja? Patrz na głowę – i pajac pokazał szramę na pół czaszki. – Niezłe, co?
– I co, mózg wypłynął? – rezolutnie dowalił Dziunio.
Imbecyl nie zajarzył, tylko począł opowiadać jak to po operacji mówiono nań Czesio. Ot, typowy rys psychologiczny przyszłej ofiary wypadku.

Chodzący denat dowiózł nas w końcu w okolice Chełmna, gdzie w sporych rozmiarów budce gastronomicznej dzięki życzliwości barmanki umyliśmy ręce w kuchennym zlewozmywaku. Gdy usiedliśmy do kolacji, Dziunio zapytał:
– Myślisz, że miałaby coś przeciwko, gdybym umył sobie tam stopy?
– Na mózg ci padło? – odparłem. – Tam się robi jedzenie! Dają ci palec, a ty zaraz chcesz całą nogę!
To przekonało Dziunia i po zjedzeniu przepysznych zapiekanek rozłożyliśmy niezastąpione pięć metrów kwadratowych folii pod drzewami przy pobliskim jeziorze i położyliśmy się spać.

Dla podniesienia walorów edukacyjnych niniejszej pisaniny dodam, że przy nocowaniu na dziko, zwłaszcza bez namiotu, najlepiej wybrać miejsce, gdy jeszcze jest widno i nie spać pod drzewami lub nad wodą, gdzie populacja nieprzyjemnych stworzonek (w tym jaszczurek i kleszczy) jest znacznie większa. My oczywiście byliśmy kompletnie otumanieni Drogą i mimo, że pogwałciliśmy wszystkie te zasady, dzięki Jej opiece obudziliśmy się cali i zdrowi. Zaszkodzić nam mogli tylko ludzie, ale od tych odgrodziliśmy się starannie.

Następnego dnia w mieście Iława wyskoczyliśmy z rozklekotanej, wzbijającej tumany kurzu furgonetki. Było kilka pomysłów na spędzenie czasu na Mazurach, lecz nie zastanawialiśmy się długo. Trzydzieści pięć kilometrów na północ, nad jeziorem Płaskim, leżała miejscowość Jerzwałd, gdzie mieszkał ongiś Zbigniew Nienacki, autor przygód Pana Samochodzika, a także jednej z moich ulubionych lektur – „Raz w roku w Skiroławkach”. Zawarty w książce opis topograficzny tytułowej miejscowości jak ulał pasuje do Jerzwałdu, z tym, że… w lustrzanym odbiciu.

Plotki o muzeum, które miało się mieścić w dawnym domu pisarza okazały się jednak nieprawdziwe. Mieszkający tam obecnie sympatyczny miłośnik koni powiedział, że owszem – kiedy bywał tu tylko latem planował przeznaczyć jeden z pokoi wyłącznie na kilka pozostałych po żyjącym niezwykle skromnie Nienackim gratów, ale zainteresowanie było niskie, a rodzina coraz większa. Dlatego – dodał ze smutnym uśmiechem – muzeum nie ma i nie będzie.

Posnuliśmy się zatem po okolicy, znaleźliśmy grób Nienackiego na jerzwałdzkim cmentarzu, po czym posiedzieliśmy pod wiatą koło jednego z trzech zgromadzonych w jednym miejscu spożywczaków. Wyciągnąłem gitarę, by zagrać Dziuniowi jakąś piosenkę związaną z wydarzeniem, o którym właśnie mu opowiadałem, lecz schowałem ją dopiero po kilku godzinach. Okazało się bowiem, że ludek ze Skiroławek nie jest już tak nieprzychylny obcym jak autor sugerował w powieści. Skończyło się natym, że wesolutcy jak polne koniki stanęliśmy wieczorem przy szosie. Brzdąkaliśmy i wygłupialiśmy się przez mniej-więcej godzinę. Oczywiście nikt się nie zatrzymał, stary rozkład PKS kłamał zaś w żywe oczy. Zostaliśmy zatem do rana, rozbiwszy nie wiedzieć po co taszczony przez Dziunia namiot na cudzej łące.

IV

Przez cały dzień padało, wiało lub zanosiło się na burzę. Wylądowaliśmy koło południa na hałaśliwej trasie nr 16. Po trzydniowym snuciu się po obrzeżach Mazur byliśmy już nieźle brudni. Tymczasem było jasne, że ani prysznica, ani nawet jeziora raczej już nie zaznamy. Autostop szedł kiepsko, a właściwie to my kiepsko wybieraliśmy trasę. Tak najwłaściwiej, to ja wybierałem, bo Dziunio na Mazurach jeszcze nigdy nie był.
I tak na dwa dni przed końcem wyprawy wylądowaliśmy w Olsztynie, którego bardzo chciałem uniknąć. Dziwne, pełne złodziei, żebraków i namolnych cygańskich obdartusów okolice dworca, konieczność jechania pociągiem i paraliżujący wszelkie działanie komplikator, który włączył się Dziuniowi sprawiły, że uszła ze mnie cała energia. Mieliśmy szukać za Grajewem Andrzeja Garczarka, odwiedzić działkę mojej babci, a może nawet zawitać do Białowieży, tymczasem brała mnie coraz większa ochota, by po prostu wracać na południe.
– Ty, ale byłyby jaja – Dziunio wskazał upierdliwego małego cygana – gdybym wziął go pod pachę i gdzieś uciekł!

Straciliśmy trochę pieniędzy na podróż pociągiem do Mikołajek. Przegęszczenie wzmagało się. Kilkunastu Niemców z walizami i rowerami, płacząca dwunastolatka z tatusiem, który nie potrafił jej uspokoić… Entszuldigung. Cel też wybraliśmy najgorszy z możliwych. Mikołajki to bardzo ładna miejscowość. I – niestety – mnóstwo ludzi, głośna muzyka z kilku lokalów mieszająca się ze sobą, obcość i tandeta – istne Krupówki. Jeszcze przed zachodem słońca spisałem ten dzień na straty. Iść spać, by jak najwcześniej wstać i się stąd zmyć. Tyle dobrego, że znaleźliśmy jakieś turystyczne kąpielisko – jedyne jak dotychczas miejsce, gdzie można było wejść do wody.

V

Neurotyczna tęsknota zaczyna się wtedy, gdy tęsknocie towarzyszą negatywne emocje wobec osoby, do której tęsknimy. Oczywiście żeby rozpoznać neurozę, trzeba najpierw w ogóle umieć rozpoznawać własne uczucia i potrafić powstrzymać się od natychmiastowej ich oceny. A do tego potrzebny jest spory dystans wobec siebie. Kiedy nam tego brak, zawsze możemy stwierdzić, że mamy rację i jesteśmy w porządku. Neuroza rozwija się bez przeszkód, a pokusa okłamywania siebie – i w konsekwencji również innych – jest zbyt silna, by jej, zupełnie niechcący, nie ulec.

Kiedy z powodu całkiem zwyczajnej tęsknoty, zmęczenia, pogody lub tego wszystkiego naraz zapał do wędrówki minął, przestałem pomału wędrować, mimo, że nadal poruszałem się po kraju. Wędrówka bowiem nie jest drogą lecz stanem ducha, bardzo zresztą potężnym. Sprawia, że kierowcy zatrzymują się, by mnie podrzucić, a nocleg znajduje się sam, nawet gdy się o to nie staram. Nie wystarczy jednak wyjść na szosę. Drogę trzeba mieć w sercu. A kiedy już się ją ma, trzeba dać się jej ponieść, być wobec niej ufnym, bezbronnym i otwartym – jak dziecko. Droga przenika mnie, a jej energia, która ze mnie emanuje, roztacza wokół aurę, odczuwalną dla innych.

Najbardziej odczuwam wypełnienie ową energią, gdy zatrzymam się w jakimś wielkim mieście. Nie jestem wtedy częścią tego miasta, lecz czymś dodanym, czymś skądinąd. To tak, jakby ktoś zrobił dwa zdjęcia tego samego miejsca: jedno ze mną, a jedno z ludźmi spieszącymi się do pracy, załatwiającymi własne sprawy. Gdy oba zdjęcia nałożyć na siebie, będę tam i ja i oni. Jednak gdy zabraknie mnie, nic się nie zmieni, gdy zabraknie miasta, również nie zmieni się nic. Jestem w innym wymiarze, jestem wolny. Budynki są jak drzewa, a ludzie jak ptaki. Miasto to fatamorgana utkana z promieni słońca. A moje w nim przebywanie – najczystsza magia.

Na drodze nr 16 wypadliśmy z Drogi. I Droga przestała nam sprzyjać. Wybór pola namiotowego w Mikołajkach jako miejsca noclegu, podyktowany zmęczeniem, stanowił jednocześnie odrzucenie zawieszonego w przestrzeni nieustannego zaproszenia. Od tego momentu wędrówka stała się zwykłą wycieczką. Auta nie zatrzymywały się już co kilkanaście minut, lecz co godzinę i nie wiem czy bez pomocy Państwowej Komunikacji Samochodowej dotarłbym na czas do Łomży. Dziunio odłączył się w połowie drogi, by odbić na Zachód. Dla niego może była to tylko przerwa w naszej wędrówce. Dla mnie – koniec. Tym bardziej, że obiecałem Karolince, że następnego dnia będę w Krakowie. A Dom to już zupełnie inna historia.

Dziunio nie pojął jeszcze Drogi, choć dużo lepiej ode mnie zdążył poznać wiele jej mechanizmów. Cóż – nikt chyba Drogi nie pojął do końca. Ja nauczyłem się w niej zanurzać i to dopiero kilka lat temu, podczas poprzedniej wyprawy zakończonej na Mazurach. W wieku Dziunia też byłem dopiero adeptem. Mam nadzieję, że starczy mu wrażliwości i odwagi, by iść dalej. Bo jest jedną z pięciu osób, o których z całą pewnością mogę powiedzieć, że Drogę mają w sercu.
I że niepotrzebnie brał namiot.

Wybacz, komentowanie tymczasowo zablokowane.