<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Schronisko Myśli &#187; Pisaniny prozą</title>
	<atom:link href="http://schronisko.art.pl/schronisko/category/proza/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://schronisko.art.pl/schronisko</link>
	<description>"a jeśli dom będę miał..."</description>
	<lastBuildDate>Sat, 25 Sep 2010 07:11:23 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Będzin</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/bedzin/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/bedzin/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 01 Mar 2009 16:37:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=2017</guid>
		<description><![CDATA[Ciężko było dotrzeć do tego miejsca komunikacją miejską okręgu katowickiego, ale jest. Most, długi, industrialny. I chylące się słońce. &#8220;Pozdrowienia z mieściny słynnej pamięci &#8211; Będzina&#8221; wystukałem na klawiaturze telefonu i już maszerowałem przed siebie. Te wszystkie arteryjne prowadnice uliczne rozcinające to miejskie pustkowie doprowadziły mnie do głównej szosy w stronę Krakowa, zrzuciłem swój plecak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ciężko było dotrzeć do tego miejsca komunikacją miejską okręgu katowickiego, ale jest. Most, długi, industrialny. I chylące się słońce. &#8220;Pozdrowienia z mieściny słynnej pamięci &#8211; Będzina&#8221; wystukałem na klawiaturze telefonu i już maszerowałem przed siebie. Te wszystkie arteryjne prowadnice uliczne rozcinające to miejskie pustkowie doprowadziły mnie do głównej szosy w stronę Krakowa, zrzuciłem swój plecak w kurz pobocza i czekałem mahając ręką na samochody, aż słońce skryło się za horyzont i wszystko spowiło się wieczornym cieniem. I w tym brunantym świetle kominy i balon, unoszący się lekko nad fabrykami. Pomyślałem, żeby chwycić za aparat schowany w plecaku, ale zawahałem się, zresztą to nieważne, balon już był źle, jakoś w bok, zrobił się byle jak, nie o to więc chodzi. Szary szum szosy i ludzie jakby gdzieś pouciekali, dalej było osiedle, ale tutaj żywego ducha, tylko ta ciągła linia pobocza &#8211; Wie pan &#8211; rzekł kierowca samochodu, gdy już siedziałem w środku, dysząc &#8211; wie pan, że w sumie, to nie wolno mi się tutaj zatrzymywać. Normalnie bym się nie zatrzymał, ale widzę, że pan taki biedny stoi na tym poboczu. &#8211; W sumie &#8211; odparłem &#8211; to ciężko było tutaj znaleźć lepsze miejsce &#8211; spojrzałem na ciągnącą się linię, gdy już jechaliśmy, kiwnął głową ze zrozumieniem.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/bedzin/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Cisna</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/cisna/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/cisna/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 20:03:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1987</guid>
		<description><![CDATA[A w Cisnej był późny wieczór lub sama noc. Znużenie trzymało mnie w środku, na zewnątrz zaś była tylko nocna mgła i szosa w stronę południową. Ostatnie domy Cisnej. Skręciłem w stronę trawy, rosa. Za drzewami, za pokrzywami leżał kawał tektury, akurat na długość dwóch metrów. Zawinąłem się w śpiwór, pałatkę i poszedłem spać.
-Stopa nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>A w Cisnej był późny wieczór lub sama noc. Znużenie trzymało mnie w środku, na zewnątrz zaś była tylko nocna mgła i szosa w stronę południową. Ostatnie domy Cisnej. Skręciłem w stronę trawy, rosa. Za drzewami, za pokrzywami leżał kawał tektury, akurat na długość dwóch metrów. Zawinąłem się w śpiwór, pałatkę i poszedłem spać.</p>
<p>-Stopa nie chcą brać &#8211; mówię do kierowcy.<br />
-A co będą sobie na głowę problem sprowadzać? &#8211; pyta pasażer. &#8211; Po co im to?<br />
-Boją się &#8211; dopowiada kierowca. &#8211; Do Cisnej? &#8211; pyta po chwili.<br />
-Tak.<br />
W Cisnej jest Siekiera &#8211; jak na lokalną knajpę wołają niektórzy. Tłok i piwo. Zaszyję się gdzieś w kącie &#8211; myślę.<br />
Jedyny trzeźwy stałem i patrzyłem po ludziach. Spopod mgły wzroku mało kto mnie dostrzegł. Mogłem stać do woli. Aż do znużenia. By wyjść wreszcie, gdy zacznie się przerzedzać, by nie pogonił mnie nikt śpiącego w kącie.<br />
Zaraz wcześniej zabrali się wszyscy poeci i muzycy. To był ich dzień, więc wiedzieli kiedy wyjść, by się nie podlić. Są pewne granice.<br />
Jeden tylko poeta ostał się na noc w budce przed Siekierą, wraz z brodatym Rychem. Świeciło się światło.<br />
Snułem się szukając miejsca na sen. Spokojnie dopiero za Cisną w stronę południową. Noc zimna. Śniło mi się jabłko.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/cisna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>to był ciepły dzień</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/to-byl-cieply-dzien/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/to-byl-cieply-dzien/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 19:56:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1984</guid>
		<description><![CDATA[Kościan nie jest dużym miastem, nie wiem nawet jak wygląda, stoje gdzieś na rubieżach, ciemno. W tym miejscu rozpoczyna się pobocze, to najlepsze miejsce, żeby łapac samochód. Jest wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoi lampa, za mną jeszcze dwie i koniec &#8211; czarna głębia, w którą wbija się szosa do Leszna i dalej &#8211; do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kościan nie jest dużym miastem, nie wiem nawet jak wygląda, stoje gdzieś na rubieżach, ciemno. W tym miejscu rozpoczyna się pobocze, to najlepsze miejsce, żeby łapac samochód. Jest wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoi lampa, za mną jeszcze dwie i koniec &#8211; czarna głębia, w którą wbija się szosa do Leszna i dalej &#8211; do Wrocławia.<br />
Kościana nie widać. Oprócz tych kilku domków, tam, w oddali. I drzewa. Kilometr wcześniej jest zjazd do miasta. Za mną pordzewiała siatka i jakaś opuszczona posesja. Widzę &#8211; stoi tam stara potłuczona szklarnia, dokładnie nie widać.<br />
Nie ma jeszcze mroku, choć niebo jest granatowe. Na zachodzie jeszcze jakieś czerwone prześwity na niebie i ta lampa po drugiej stronie drogi. Macham.<br />
Samochodów niedużo, od czasu do czasu przejedzie jeden lub dwa. Noc mogę przespać gdzieś tutaj po kątach tej szklarni, chociaż byłoby to straszliwe. Nie dlatego, że bałbym się czegokolwiek. Byłoby po prostu niesamowicie smutno.<br />
Myślę sobie, żeby zajść do Kościana na stację PKP, zatrzymuje się tutaj pośpieszny z Wrocławia do Poznania (wiem &#8211; staje w Obornikach Śląskich, Żmigrodzie, Rawiczu, Lesznie, a potem w Kościanie). Osobowy też się zatrzymuje, chociaż pośpiesznym byłoby lepiej, około pół godziny pewnie, może mniej. Pewnie mniej &#8211; do Poznania. Wrócić.<br />
Nie. Trochę smutno. Tak będzie lepiej, ale zatrzymuje się furgonetka. Biegnę ile sił. Wsiadam. I już &#8211; jedziemy.<br />
-Dokąd jedziesz? &#8211; pyta kierowca.<br />
Patrzy na tabliczkę, którą położyłem obok siebie na siedzeniu. Pewnie nie dojrzał w mroku na zewnątrz.<br />
-Warszawa? &#8211; pyta zaskoczony.<br />
Wertuję tabliczkę na drugą stronę i puknąwszy palcem w widniejący tam napis, mówię:<br />
-Wrocław.<br />
-Ja tylko do Leszna.<br />
-W porządku.</p>
<p>*</p>
<p>Jadę autobusem. Poręcze skrzypią, pojazd podskakuje na wertepach. Jest wieczór kwietniowy, za oknem ciemno i brunatno od miejskich lamp. To Wrocław. Rzecz dzieje się we Wrocławiu.<br />
Siedzę przy oknie. Wieje, rozglądam się &#8211; uchylony lufcik. Ciepła noc, pachnie, jest cicho. Zmęczona młodzież. To zazwyczaj studenci, wsiadają na przystankach, wysiadają, jest ich coraz mniej &#8211; autobus pustoszeje w miarę jak zbliżamy się na peryferia. Jest godzina 22:30.<br />
Nikt nie rozmawia, wcześniej ktoś rozmawiał, ale już wysiadł. Zadzieram głowę do góry &#8211; klapa w suficie również jest uchylona, dzisiaj to był ciepły dzień. Czuję jak wzbiera we mnie poezja&#8230;<br />
Wysiadam na moim przystanku. Noc wciąż jeszcze pachnie, idę radośnie, acz żwawym krokiem. Okolica jest pusta, to zwyczajny wieczór roboczego dnia. Dochodzi dwudziesta trzecia.<br />
Mam sucho w gardle. Doskonale wiem czego mi brakuje. Wiem czego. Wchodzę do domu. Nikt mnie nie wita.<br />
To jeszcze nie jest ten dom.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/to-byl-cieply-dzien/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>wniebowstępywanie</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/wniebowstepywanie/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/wniebowstepywanie/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 19:49:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1978</guid>
		<description><![CDATA[Nie jest to jakaś nadzwyczajna prawidłowość, że czasem trzeba zapłacić. Wszystko dzieje się zupełnie naturalnie. Jeśli idziesz do lasu po to tylko, by posłuchać swoich wymysłów, ciężki to będzie las i nie oderwie się kula tego czasu od skrawków twojej koszuli, rwąc ją i taszcząc się krok w krok za twoimi butami. W moim teraz [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie jest to jakaś nadzwyczajna prawidłowość, że czasem trzeba zapłacić. Wszystko dzieje się zupełnie naturalnie. Jeśli idziesz do lasu po to tylko, by posłuchać swoich wymysłów, ciężki to będzie las i nie oderwie się kula tego czasu od skrawków twojej koszuli, rwąc ją i taszcząc się krok w krok za twoimi butami. W moim teraz przypadku przejawia się to bólem głowy. Boli za uszami, z tyłu, wszędzie tam &#8211; boli. To jest cudna mądrość natury, już w ten sposób musi mnie podchodzić i &#8211; jeśli nie poderwę się nagle, ciągnąć mnie będzie w dół i głębiej, głębiej, póki nie wyprostuję kolan i nie stanę na swoim. Powiedziałem &#8211; nie jest to NADZWYCZAJNA prawidłowość, zupełnie prosta sprawa, naturalna zupełnie i nie dziwi mnie ani kszty, że jeśli chodzi się do lasu po to, by słuchać swoich fantazji, swoich ego-fantazji a nie SIEBIE, który ukryty głęboko pod jakimś błędnym kołem, tak się kończy. U mnie teraz bólem. Nie widać nic z tego lasu, wszystko jak za mgłą, wszystko ocieka ciemiężnie, straszliwie i ciężko, i mimo że niebo jest błękitne, nie ma, nie ma nic. U mnie ten cudowny mechanizm zapłaty posunięty jest ponad wszelką subtelność i ciężkim kołem łamie mi kości. Tak trzeba. Wszystko jest tutaj cudownie wyliczone tak, by lufcik, który mi pozostanie, mienił się ledwo, powiedzieć można, że nie ma go, że jest uchem igielnym i NIC nie jestem w stanie poradzić, podczas gdy jest zupełnie inaczej i ja wiem o tym, to jest moje błogosławieństwo, że wiem. Że mogę, jeśli chcę &#8211; wyskoczyć z tego koła błędnego i pognać wysoko do góry, do nieba, do błękitnego.<br />
Wiosna. Nie ma jeszcze liści na bukach i dębach, ani na innych liściastych drzewach, ale świerki skrzą się ciemno-zielonymi igłami, świeżymi jakby, chociaż starymi jak rok, przed miesiącem uśpionymi jeszcze pod grubą warstwą śniegu, teraz zaś roziskrzającymi zielonością błękitne przestrzenie nieba, które ponad nimi i niebiesko-popielate domeny przedwiosennego lasu, wyścielonego suchymi jak pieprz i szeleszczącymi z całej swojej siły jasno-granatowymi liściami dębu.<br />
Mnie ciekła krew po wszystkich rękach, plecach, pod kurtką, koszulą, po nogach do butów, na ziemię. Od głowy. Oczami, nosem i z gardła. Może to straszne, ale tak było. I oczy zamglone tak&#8230; Nie był to dobry czas, żeby upaść na liście, czy na trawę &#8211; nie był to dobry czas, żeby spocząć pod drzewem, lub rozłożyć ręce i patrzeć w niebo, albo śpiewać. Próbowałem śpiewać, ale moje gardło nie miało siły, żeby ułożyć głos w naturalnych tonacjach melodii, którą starał się nieść. Nawet nie siliłem się, żeby go ku temu przekonać. Nie był to dobry czas.<br />
Szelest liści pod mokrymi butami. Była tam podmoknięta łąka. Usiadłem przy biurku i zapaliłem świeczkę. W domu. W ścianach, godzina czternasta. Półmrok w moim północnym pokoju. Wyjąłem z kieszeni kawałek żywicy i włożyłem do małego aluminiowego pojemniczka, przebiłem go śrubokrętem i nadstawiłem nad płomyk tak, że żywica zaczęła bulgotać od spodu, zmniejszać się i zamieniać w płyn, który wypełnił pojemnik. Pokój rozpachniał się jak drewniana chatka, w której piecu trzaskają klocki świerku, przygotowane wcześniej w drewutni z tyłu domu. Tutaj nie było drewutni, tylko ten zapach, jak w leśniczówce w środku lasu.<br />
Żywica zaczęła kipieć i przelała się, pociekła po zboczach świeczki, na których zastygła zaraz ciemno-brązowymi smugami.<br />
Postawiłem pojemnik obok, wyjąłem śrubokręt i sięgnąłem po kubek kawy.<br />
Co jest moim największym marzeniem? Żeby wejrzeć. Żeby wejrzeć i widzieć. Czarne fusy zazgrzytały mi między zębami, gorzko. CO widzieć? Prawdziwie zobaczyć się nie da NICZEGO oprócz samego siebie. Można oglądać drzewa, ale nie można poczuć drzewa. Można oglądać słońce, ale &#8211; jak poczuć słońce? Można się nim zachwycać, ale nie można być słońcem. Nie można być wiejską śródpolną spokojną szosą po horyzont, nawet tą ciepłą, taką, na której położyć się, rozłożyć szeroko ręce, przylgnąć, ani ziemią pachnącą, ani łąką, w którą można wniknąć cudownie, ucałować, kąpać się w trawach, ale nigdy BYĆ nimi. Nigdy. Bo one nie są człowiekiem. Są cudem, ale nie są człowiekiem. Z człowiekiem bowiem jest inaczej; można znaleźć lukę, maleńką lukę, maleńkie oczko i wyskoczyć na zewnątrz, wyskoczyć z błędnego koła, w którym się tylko płaci &#8211; powietrzem, krwią, która po plechach, brzuchu, nogach, leje się do butów i dziurami w podeszwie wlewa się do ziemi. Płaci się również mgłą za oczami, mgłą przed oczami i w głowie, i &#8211; pomiędzy drzewami, wszędobylską popielatowością się płaci, lepiej wychynąć.<br />
W trawę wychynąć się nie da. Ani w las. Ani nawet w góry. Ani w małe beskidzkie wioski, ani w drewniane cerkiewki, ani w park i w ławki. Wszędzie tam jeśli wychynąć i &#8211; wszędzie tu &#8211; jeśli wychynąć &#8211; to tylko w siebie. Nie ma różnicy &#8211; gdzie. Zawsze jest bowiem jeden tylko kierunek &#8211; w siebie. I drzewa wydają się tą prawidłowość wspaniale rozumieć, rozmywają się we mgle, gdy starać się je poczuć, roziskrzają się natomiast wówczas, gdy starać się poczuć siebie &#8211; i stawia się krok poprzez ucho igielne. Rozstępują się chmury i las wypełnia się jaskrawością.<br />
To tak jakby podniosła się mgła i wyszło słońce. Wszystko robi się kryształowo-przejrzyste&#8230;</p>
<p>2004</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/wniebowstepywanie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opus Dei</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/opus-dei/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/opus-dei/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Feb 2009 19:27:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>POlek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[POlek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1844</guid>
		<description><![CDATA[Następnie, o mnisi, ta istota, która zrodziła się jako pierwsza, myśli: „Jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Wszystkowidzącym, Wszechmocnym, Panem, Stworzycielem, Władcą, Mianującym i Wydającym Rozkazy, Ojcem Wszystkiego, Co Jest i Co Będzie. Te istoty zostały stworzone przeze mnie. Dlaczego? Ponieważ ja pierwszy pomyślałem: «Och, gdyby tylko inne istoty mogły tu przybyć!» To było moje [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<blockquote><p><em>Następnie, o mnisi, ta istota, która zrodziła się jako pierwsza, myśli: „Jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Wszystkowidzącym, Wszechmocnym, Panem, Stworzycielem, Władcą, Mianującym i Wydającym Rozkazy, Ojcem Wszystkiego, Co Jest i Co Będzie. Te istoty zostały stworzone przeze mnie. Dlaczego? Ponieważ ja pierwszy pomyślałem: «Och, gdyby tylko inne istoty mogły tu przybyć!» To było moje życzenie, po którym te istoty wcieliły się w tę egzystencję! A tamte istoty, który powstały później myślą: „To, przyjaciele, jest Brahma, Wielki Brahma, Zdobywca, Niezwyciężony, Wszystkowidzący, Wszechmocny, Pan, Stworzyciel, Władca, Mianujący i Wydający Rozkazy, Ojciec Wszystkiego, Co Jest i Co Będzie. Dlaczego? Widzieliśmy, że był tu pierwszy i my powstaliśmy po nim.</em><br />
(Brahmajalasutta, tłum. własne)</p></blockquote>
<p><strong>I</strong><br />
Ciągle nie idzie się z nikim dogadać. Tyle lat samotności, tyle lat latania po wszechświecie i wołania: „hop hoop! Jest tam ktoś?” W końcu usiadłem i pomyślałem: „Hej, a może sam sobie mogę coś stworzyć?” Siedziałem tak i nie wiem, czy wpadłem w coś takiego, co było na takim filmie o bezludnej wyspie z Tomem Hanksem, że gościu zaczął wyobrażać sobie, że piłka, na której namalował oczy i usta naprawdę żyje i z nią rozmawiał, czy naprawdę coś się pojawiło takiego jak ja – niewidzialnego, ale obecnego.<br />
– Hej, stary! – zawołałem nieśmiało.<br />
– Ach, witaj! – odrzekł.<br />
– Skąd ty się tu wziąłeś?<br />
– Nie wiem. Nie było mnie i nagle jestem.<br />
– To może ja cię zrobiłem?<br />
– Może… Jak to?<br />
– No, tak sobie myślałem, żeby tu ktoś był, myślałem – i oto jesteś.<br />
– Hmmm… to może i tak.<br />
Koleś był bardzo ugodowy. Jakoś tak zagubiony mocno. Taki typ, co to lubi jak mu się poddaje gotowe pomysły. Ciągle mnie słuchał. Ja – przyznaję – lubię dominować nad otoczeniem i być w centrum uwagi – taki już jestem, staram się coś z tym zrobić, jakoś z tym walczyć, ale cóż&#8230; na razie jest jak jest. Może słusznie uważam siebie za coś lepszego, bo wcale nie jest powiedziane, że nikt nie jest najlepszy. A ja w końcu byłem tu na początku. W każdym razie o mnie potem mówili na Ziemi Brahma. Potem powymyślali mi (trochę im w tym pomogłem) też inne imiona, ale o tym później.</p>
<p>Ten drugi jakoś mniej się liczył. Kiedyś go na przykład wysłałem do takich jednych ludzi, ale ich nie przekonał. Poobrzucali go tylko wyzwiskami i dali złośliwą ksywę Szatan . No i dobrze, ja byłem górą. Ale – po kolei. Na razie nie ma jeszcze ani ludzi, ani Ziemi, ani całego tego syfu.</p>
<p>Robiło się dosyć tłoczno wokół. Coraz więcej takich jak my latało po przestworzach. Ale wszyscy unosili się tylko niemrawo, mało się odzywali, mieli jakieś tam swoje sprawy, niektórzy w ogóle się nie odzywali… A ja to lubię podróże. Latałem z Szatanem tam i z powrotem po wszechświecie i myślałem sobie, że może gdzieś istnieją jakieś zupełnie inne typy, takie niepodobne do tych mruków zawieszonych w przestrzeni i udających, że nic do nich nie dociera… Byłem inny niż oni. Byłem tym pierwszym… chyba. To całkiem możliwe, ze to ja ich wymyśliłem i dlatego tam są. Co więcej – im bardziej tak myślałem, tym więcej rzeczy to potwierdzało. Mogłem na przykład zmienić wygląd. Dużo trzeba było ćwiczyć, ale koniec końców udawało się to tylko aktem woli. Szatan też to potem potrafił, ale chyba tylko dlatego, że mu na to pozwoliłem, bo stwierdziłem, że fajnie by było pograć z kimś w „zgaduj-zgadulę”: w co się teraz zmieniłem? A oni? Oni nic nie potrafili. Albo udawali, ale po co by mieli udawać?</p>
<p>I nagle znalazłem. Mała planetka gdzieś w jakiejś galaktyce. Nagle pojawiła się przede mną, ale… mogła być tam w sumie już od dłuższego czasu. Szatan mówił, że to ja ją stworzyłem swoim pragnieniem znalezienia czegoś innego niż cała reszta. Ale on bardziej chciał żeby tak było, niż naprawdę tak uważał. Planeta miała strasznie dziwną strukturę. Jakieś obłoczki tam latały, trochę tam było wody, trochę skał… W wodzie i na skałach coś się ruszało. Takie to było jakieś dziwne, podłużne, wymachujące ogonami, jak było na lądzie to miało łapy, jak pływało w wodzie to płetwy… ale zapowiadało się ciekawie.</p>
<p>I odwiedzałem tę planetę od czasu do czasu, a czas ten się dłużył niewymownie, bo tam, choć co rusz coś się zmieniało, chociaż ciągle można było jakiegoś nowego stwora znaleźć, to do niczego to nie prowadziło. I Szatan mówił:<br />
– Niewykluczone, panie (tak mnie już wtedy nazywał, przekonany o mojej wielkiej sprawczej mocy), że wola twa taka będzie, że zamieszka ktoś taki na tej planecie, że towarzystwa będzie mógł ci dotrzymać.<br />
I pomyślałem, ze rzeczywiście – fajnie by było. Ale nie mogłem jakoś tak pstryknąć palcami i sprawić, żeby ktoś się nagle pojawił. Czekałem.<br />
I kiedyś się w końcu zdenerwowałem tym czekaniem, złapałem jakieś niewinne ciałko niebieskie i pieprznąłem z całej siły w planetę. Przyznaję, że to była chwila słabości, ale wszystko szło nie tak – zaczęły się pojawiać bardzo rozwinięte fizycznie wielkie monstra z zębiskami, pożerać jedne drugie i nic nie wskazywało na to, że z ich małych móżdżków cokolwiek będzie. Trzeba było w sumie lekko namieszać. I namieszałem… zrobiło się tak pusto, że bałem się, że nic już z tego nie będzie i trzeba będzie szukać gdzie indziej. Ale po kilku tysiącach lat okazało się, że na Ziemi (bo o niej cały czas mówię, tylko zapomniałem powiedzieć) są inne organizmy żywe, tylko bały się ujawniać przy dinozaurach. I wyglądały całkiem sensownie. Dwunożne, chytre… mamuta potrafiły zabić nawet zrobioną przez siebie dzidą, chociaż były sto razy słabsze…</p>
<p>I męczył mnie Szatan, męczył, że oto słowo stało się ciałem i się robi nowa inteligencja na Ziemi. Może miał rację, a może to znowu jakiś przypadek… Przecież we wszechświecie może być strasznie dużo planet i różnych inteligentnych istot. Ale jakoś nie chce mi się tego sprawdzać…</p>
<p><strong>II</strong><br />
To znowu ja. Chyba Szatan ma rację. Mam już tyle wyznawców… Nikt inny tak nie ma! Jak do tego doszło? Ano, znalazłem gdzieś niemowlę, któremu mu rodzice zginęli i przeniosłem daleko do Azji Mniejszej, gdzie na razie było w miarę pusto i spokojnie. To była najfajniejsza rzecz jaka mi się przytrafiła. Dorastał pod moją opieką, pokazywałem mu co do czego służy, co można jeść, czego nie… tyle pięknych chwil razem… Wyrósł na znacznie mądrzejszego gościa niż jego pobratymcy. Pomyślałem, że trzeba by go rozmnożyć i jak spał, znalazłem mu jakąś niezbyt rozgarnięta babę, żeby nie zadawała zbyt wielu pytań i nie pytała po co i dlaczego. No i spoko było, tylko, że nie chciało im się wcale tego robić, wiecie, co mam na myśli. Było im tak fajnie u mnie, że wcale nie szukali dodatkowych przyjemności. A jak mówiłem im, że mogą mieć dzieci, pytali: „A po co?” i patrzyli na mnie jak na idiotę. Trzeba było coś wymyślić. Jakoś im życie utrudnić, żeby musieli poszukać sobie innych przyjemności. Żeby im się głowy pozajmowały innymi rzeczami, trochę strachu w nich zasiać… Wtedy może coś się ruszy…</p>
<p>Odbyliśmy z Szatanem krótką naradę i wymyśliliśmy wreszcie taką intrygę, że głowa mała! Znalazłem jakieś drzewko owocowe kilka kilometrów od miejsca, gdzie mieszkali. Zaprowadziłem ich tam i powiedziałem, że nie wolno im zrywać z niego żadnych owoców, bo się skończy dzień dziecka i sielanka. Uwierzyli mi, bo myśleli, poniekąd słusznie, że to ja jestem ich ojcem. Niezłego zajoba im zadaliśmy wtedy! Zrobili się jacyś tacy milczący, Adaś nawet kilka razy poszedł pod to drzewo… Ale nawet mu na myśl nie przyszło żeby zerwać owoc. Zbyt mnie szanował.<br />
– Kurde, nie wyszło – powiedziałem do Szatana.<br />
– Poczekaj, panie, zajmę się tym – odrzekł.<br />
I poszedł. Do Ewy. Ona miała, łagodnie mówiąc, mniej refleksyjną naturę niż Adam i była bardziej podatna na wpływy. Gadał do niej Szatan (pod postacią węża, żeby Adam go nie dostrzegł) straszne głupoty, że to drzewo jest magiczne, że będzie Ewa miała tak jak ja, będzie wszechmocna, jeśli zje owoc z drzewka… I Ewa poszła z nim pod drzewo i zjadła pół jabłka. Potem drugie pół zaniosła Adamowi, a ten, chociaż mądry gość, przy niej jakoś tak głupiał totalnie. I zjadł drugie pół.</p>
<p>Szatan wrócił i powiedział, że jak teraz ich wygonię z tego pięknego zakamarka na step, to się tak przestraszą mnie, że będą mnie czcić i szanować jeszcze bardziej. To ja mu na to:<br />
– Puknij się w głowę! Toż to moje dzieci prawie!<br />
Szatan zauważył:<br />
– Musisz pamiętać, panie, o jednym: Adam myśli, że całe życie będzie taki młody i wspaniały. Nie powiedziałeś mu, że umrze, że będzie stary, że będzie cierpiał…<br />
No tak, to fakt – oni myślą, że tak będzie zawsze! Trzeba było poważnie z nimi pogadać. Głupio mi było, że tyle czasu trzymałem ich w iluzji wiecznego szczęścia, więc – trochę się tego wstydzę – powiedziałem im tak:<br />
– Od teraz, za karę, że zjedliście owoc z drzewa, z któregom wam jeść zabronił, będziecie śmiertelni wy i dzieci wasze! I będziecie czuć pożądanie do siebie i będziesz, Ewo, dzieci w bólach rodzić.<br />
Wokół szumiały drzewa, opodal parzyły się dwa zajączki, a oni dziwnie i ze strachem na mnie patrzyli. A mnie się serce krajało. Dlatego powiedziałem na ucho Adamowi:<br />
– Ale za to z nią będziesz miał takie uciechy, o jakich ci się nie śniło. Popatrz na te zajączki…</p>
<p>I stwierdziłem, że więcej na Ziemię nie schodzę (potem kilka razy musiałem, ale ogólnie trzymałem się fizycznie z daleka). Za to Szatan zasmakował w rozmowach z ludźmi i wizytach na padole. I dbał tam całkiem nieźle o moje interesy. Potomkowie Adama zanosili mi ofiary, w wyniku Szatańskich intryg porozłazili się po całej Azji Mniejszej. Ci poprzedni ludzie, z Afryki, wyginęli w końcu. Szatan mówił, że to dlatego, że się nimi nie zajmowałem, że przestało mi na nich zależeć. Smutne to, ale trochę tak było…</p>
<p>Jednak Szatan nie od razu nauczył się rządzenia ludźmi. Po obiecujących początkach wszystko szło nie tak: wojny, rozboje, kazirodztwo, dzieciobójstwo – co chcesz. Ludzie rodzili się coraz mniejsi, coraz głupsi i coraz bardziej okrutni. Trzeba było w końcu coś z tym zrobić.<br />
– A zalać to wszystko w cholerę i zacząć od nowa – zdenerwował się kiedyś Szatan.<br />
– Na głowę upadłeś?! – krzyknąłem tak głośno, że usłyszał mnie kręcący się nieopodal Dionizos, młodziutki jeszcze wtedy bożek rozpusty i wina, plotkarz jakich mało.<br />
– Z nich już nic nie będzie – rozłożył ręce mój pomocnik. – Wiesz, panie, co to jest chów wsobny? Oni się mnożą jak chcą, bez ładu i składu, przynajmniej większość. Trzeba to skończyć.<br />
Oddalając się, prawie wszedłem na Dionizosa.<br />
– Na głowę upadł, na głowę! – mruknąłem, ni to do niego, ni to do siebie.<br />
Dionizosowi takie się to wszystko, nie wiadomo dlaczego, śmieszne wydało, że potem wszyscy zaczęli Szatana nazywać upadłym aniołem i nawet do ludzi doszła ta ksywa. A że pamiętano na Ziemi jego wizytę niegdysiejszą, jeszcze bardziej trafne wydało się tam to miano. I niektórzy mówili, że Szatan to upadły anioł, bo spadł kiedyś z nieba na Ziemię. Ale do rzeczy.</p>
<p>Przekonał mnie w końcu Szatan Upadły Anioł do zrobienia potopu. Ale najpierw znaleźliśmy taką rodzinkę, co była w miarę spoko, to znaczy – parzyli się między sobą dopiero od zeszłego pokolenia, więc mieli w miarę dobre geny i znali się trochę na budowaniu statków. Tych postanowiliśmy rozmnożyć. Ojcem rodziny był Noe – koleś bardzo uczciwy, jak na tamte czasy, ale bez najmniejszej szczypty daru przekonywania. Tylko rodzina go jako-tako szanowała i słuchała. Sąsiedzi zlewali go z wysokiego mostu.<br />
– Jeśli zacznie rozpowiadać wszystkim o potopie, to nikt mu nie uwierzy – zauważyłem.<br />
– I o to chodzi, stary! I o to chodzi! – gruchnął mnie w plecy Szatan.<br />
Powiedziałem Noemu, że będzie wielki deszcz i cała ta ich cywilizacyjka pójdzie z bąbelkami. Noe nie lubił cywilizacyjki, bo cywilizacyjka nie lubiła jego – niedorajdy. Ucieszył się, gdy powiedziałem, że on, jego rodzina, szczególnie jurni synkowie i rozłożyste córy, mają ocaleć w arce, którą zbudować miał on. Wziął się raźno do roboty, a gdy już było po wszystkim, zatopiłem w pierony całą Azję Mniejszą z przyległościami.</p>
<p>Jeszcze w tamtych czasach zszedłem na Ziemię kilka razy, kiedy stwierdziliśmy z Szatanem, że ludzie są już za mądrzy, żeby tak po prostu mnie czcić. Zrobili się jacyś tacy rozlaźli, ospali, pogubili się. I wykorzystali to Egipcjanie. Podbili moich wyznawców i zaprzęgli do roboty. Trzeba było się tam wybrać i dać im jakieś wytyczne, bo sytuacja była poważna. Mogłem w sumie kazać bożkom Egipcjan uwolnić moich ludzi, ale nie byłoby wtedy zabawy. Poza tym chciałem udowodnić zarówno im, jak i ludziom, Szatanowi i chyba sobie, że żeby zwyciężać, wcale nie muszę nic kazać nikomu, oprócz moich ludzi. Znaleźliśmy zatem takiego gościa, co nie miał zbyt wiele do roboty, bo go adoptowali Egipcjanie, a wydawało się, że będzie dobrym przywódcą. Nazywał się Mojżesz.</p>
<p>Pamiętam ten pierwszy moment. Przygotowałem już wszystko! Kilka miesięcy ćwiczyłem głos: tym tonem powiem, nie – tym, nie – jeszcze inaczej. Dyskusję o to jak mu się pokazać trwały latami. To nie było takie o, jak wtedy, z Noem. Zanosiło się na dłuższy kontakt z tym gościem. Trzeba było nadać temu jakąś formę. Padło w końcu na ten krzak gorejący. Wszystkie scenariusze rozmowy miałem opracowane, co odpowiem na to, na tamto, kilka wersji wstępu dokładnie wykułem na blachę. Najgorzej było z pierwszym zdaniem. Wymyśliliśmy chyba z pincet propozycji. W końcu nadszedł właściwy moment.<br />
– Mojżeszu! – zacząłem z krzaka.<br />
I byłem przygotowany normalnie na wszystko. Na to, ze zapyta mnie o stworzenie świata, o to, czy naprawdę wyglądam tak jak ten krzak gorejący, o kosmos, o przyszłość, przewidziałem też, że może zacznie uciekać, no, wszystko, co się da. A ten wzruszająco prosty człeczyna, z wybałuszonymi na mnie, to znaczy na krzak gałami, na ugiętych kolanach, pyta mnie:<br />
– Kim jesteś?<br />
Mowę mi odjęło. Zgłupiałem. Miałem w głowie pustkę. Teraz miałem wymyślać sobie imię, którym moja armia będzie mnie nazywać do końca swoich dni, a nigdy się nad tym nie zastanawiałem. W pierwszej chwili paniki miałem ochotę uciec od odpowiedzialności i powiedzieć, że nazywam się Szatan, ale na szczęście ugryzłem się w język. To bym dopiero namieszał! W końcu wypaliłem coś, co było najgłupszą rzeczą (oprócz „Szatana”), jaką tylko mogłem powiedzieć, prawie słysząc jak Szatan pokłada się ze śmiechu. Powiedziałem:<br />
– Jestem kim jestem!<br />
A mogłem takie ładne imię jakieś sobie wybrać… Ludzie podeszli do tego z właściwym sobie brakiem poczucia humoru i w pewnych kręgach do dziś wypowiadanie nawet tłumaczeń „jestem kim jestem” to straszna zbrodnia!</p>
<p>Ale z Mojżeszem się udało. Egipcjan utopiliśmy, lud ciemiężony wyzwoliliśmy, bożkom egipskim, którym przy okazji zaproponowałem mały pojedynek (każąc im po prostu wynosić się, bo zabiję, okazałbym swoją słabość psychiczną, poza tym nie lubię przemocy), nosa utarliśmy.</p>
<p>Tymczasem w dalekich Indiach ludzie odbywali bardzo dziwne praktyki. Półnadzy jogini mogli godzinami, ba! całymi dniami siedzieć nieruchomo i oddychać. To szatan doniósł mi o tym, że widział, jak z takiego jogina duch unosi się wysoko i błądzi po wszechświecie. Dziwne to było bardzo i poczułem się z lekka nieswojo. Dlatego ruszyłem na spotkanie temu człowiekowi i rozmówiłem się z nim krótko, a treściwie. Pamiętając doświadczenia z Mojżeszem, przedstawiłem się tym razem bardzo ładnie:<br />
– Ja jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Ojcem Tego, Co Jest i Co Będzie!<br />
Nawet nie odpowiedział, tylko lotem błyskawicy wrócił na Ziemię i zaczął rozpowiadać wszystkim kogo to spotkał w&#8230; hehe&#8230; „innych sferach rzeczywistości”. Potem ogłoszono go świętym.</p>
<p>Tyle, że ci Hindusi, zupełnie inaczej niż lud Mojżesza, zaraz chcieli też mnie zobaczyć. Nie wystarczył im ich święty. I musiałem się ciągle ukazywać tym, którzy opuszczali swoje ciało i docierali do mnie, i przedstawiać się im. A wierzyli oni we wszystko, co im powiedziałem. A im z kolei wierzył prosty lud.</p>
<p>I tak stali się ludzie moimi wyznawcami pełną gębą. Było to niesamowicie przyjemne, ale – skończyła się zabawa. Zbyt się zaangażowałem. Szatan, owszem – mógł sobie tu i tam się pobawić, mało kto go poważnie traktował, ale ja? Nie było już odwrotu. Zostałem Bogiem…</p>
<p><strong>III</strong><br />
Szatan coraz częściej bywał na Ziemi. Dziwnie się między nami zrobiło jakoś. Niby cały czas był na „nie”. To, co ja zbudowałem, on zaraz niszczył. Zanim się przestaliśmy do siebie odzywać, uważał mnie za wszechmocnego pana i władcę. W sumie to przekonał mnie, że istniałem zawsze, a właściwie, że „zawsze” pojawiło się razem ze mną… W ogóle w filozoficznych dysputach nie miał sobie równych. Przecież on rozfilozofował całą starożytną Grecję! Nie miałem najmniejszego pojęcia po jakiego grzyba, skoro myśl ludzka kwitła w najlepsze w Azji, zaczął mącić w tych małych skupiskach na zapomnianym półwyspie barbarzyńskiej Europy. Dopiero potem wyszło, że zrobił to po to, żeby ten koleś z Afryki, no, ten rozbójnik, co potem „Wyznania” napisał i go świętym zrobili, zaczął tak mieszać ludziom w głowach co do tego jaki to ja niby jestem, że normalnie nie wiem! Nie zostawił mi najmniejszej cechy charakteru, byłem czymś, ale niczym. Skąd te bzdury wziął? Od Platona wziął! I ten drugi, z Akwinu, Tomasz. Wymyślił takie dowody na moje istnienie, że potem ich obalanie ćwiczyli sobie studenci na pierwszych wykładach z filozofii religii… Uczył się koleś na Arystotelesie, ale jak Szatanowi Arystoteles ciągle nowe koncepcje do łba wstrzeliwał, to Tomasza zostawił już w spokoju, na pastwę jego małego, ludzkiego móżdżku!</p>
<p>Przepraszam, uniosłem się. Miałem mówić, że się dziwnie zrobiło między mną i Szatanem. Najpierw to zaczęliśmy się całkiem fajnie dogadywać. Przestał być jakiś taki pokorny, razem żeśmy boki zrywali ze śmiechu jak ludzie wymyślili, że on się zbuntował i spadł z nieba, i jak zaczęli mówić o nim „upadły anioł”… To znaczy, ja tak trochę niepewnie zrywałem te boki, bo coś mnie w związku z tym kłuło w tyłku, tylko nie wiedziałem jeszcze co…</p>
<p>Wszystko robił odwrotnie niż chciałem, ale dzięki temu ludzie coraz bardziej umacniali się w wierze. Namówił ich do zbudowania ogromnej budowli, twierdząc, ze jak tego dokonają, zrównają się swoją potęgą ze mną.<br />
– Czyś ty zgłupiał?! – krzyknąłem na niego. – Przecież oni jak tylko zobaczą, że nie siedzę tam na chmurce, dwa kilometry nad nimi, stwierdzą, że mnie nie ma w ogóle i będzie po wszystkim!<br />
Szatan zamyślił się na chwilkę (albo udawał, że się zamyśla) i rzekł po prostu:<br />
– No tak. Masz rację. Sorry.</p>
<p>No i musieliśmy rozwalić im tę wieżę. Ależ fama poszła wtedy po świecie, że potężny Bóg ukarał pychę swego ludu! A ja się zacząłem zastanawiać: dlaczego ten Szatan jest niby tak diabelnie chytry, a jednocześnie taki głupi…</p>
<p>W końcu żeśmy się założyli o tego Hioba. To było po tym, jak dopadł mnie kryzys. Oj, ostrego doła miałem, zwątpiłem mocno w sens tego wszystkiego, poczułem się nagle jak jakaś tam jedna z miliardów istot we wszechświecie, nie lepsza od tych wszystkich ludzi.</p>
<p>Bo zapomniałem powiedzieć, że byli różni tacy tutaj, poza Ziemią, co też się chcieli pobawić. Pokazywali się to tu, to tam, a potem mieli ubaw z reakcji ludzi. Nie przeszkadzałem im, póki za bardzo się nie wtrącali. Śmieszne to było. Tak jak z tym Egiptem – pokazał się takim Aztekom czy Egipcjanom jeden i drugi młokos w postaci człowieka z głową wilka albo sępa, a oni zamiast się śmiać z tych popisów przerazili się i zaczęli czcić te pokraki, pomniki im stawiać, innych ludzi zabijać w ofierze… zero poczucia humoru. Ja w tych zabawach nie uczestniczyłem, żeby się nie zniżać do ich poziomu. A miałem wśród tych małych bożków posłuch nie gorszy niż u ludzi i też można było się nimi pobawić, jak się chcieliśmy trochę podbudować. Ale ludzie byli ciekawsi, dlatego zresztą o nich tu rozprawiam, a nie o bożkach.</p>
<p>Ale wracając do Hioba: Nie mam pojęcia dlaczego Szatan aż tak się zdenerwował, kiedy powiedziałem mu, że jest ode mnie lepszy, potężniejszy, mądrzejszy, silniejszy i gdyby chciał, to by mi mógł tych ludzi sprzątnąć sprzed nosa i zrobić z nimi co chce, że jakby zrobił im trochę większą rozpierduchę, zaraz by we mnie zwątpili.<br />
– Taaak?! – zaperzył się. – To zobaczymy! Popatrz na tego gościa – wskazał Hioba. Koleś ma wszystko, co mu trzeba do szczęścia i wierzy, że uzyskał to dzięki tobie. Tak wierzy w to, że to ty mu to wszystko dałeś, że rozpływa się, zobacz, z wdzięczności.<br />
– No i co?<br />
– Dam mu zaraz tak popalić, że nic mu na świecie nie zostanie. W twoim imieniu, żeby jeszcze trudniej było. Jeśli odwróci się od ciebie – okej, zostaję na Ziemi, a ty szukaj sobie innego świata.</p>
<p>Dziwny to był zakład. Hiob stracił dom, rodzinę, zdrowie… wszystko. Bardzo chciałem, żeby mimo to dalej uważał mnie za Boga, żeby łyknął to wszystko bez zająknięcia. I tak się właśnie stało! Patrzyłem zdumiony jak ślepy, schorowany i obdarty, przy zgliszczach swojego majątku i grobach rodziny wołał, że jestem jego panem i władcą… Właśnie tak, jak sobie tego życzyłem. Gdy tak patrzyłem na niego nieruchomo, w milczeniu i tysiące myśli kłębiły się w mojej głowie, podszedł do mnie Szatan.<br />
– Naprawdę, stary – powiedział. – Ty ich stworzyłeś, ty nimi kierujesz swoją wolą, a oni słusznie uważają, że jesteś ich panem i władcą.</p>
<p><strong>IV</strong><br />
Można by przypuszczać, że wszystko było takie różowe i do samego końca przebiegało jak trzeba. Niestety, moje wątpliwości co do własnego pochodzenia i tego kim naprawdę jestem miały uderzyć raz jeszcze, ze zdwojoną siłą, i to za sprawą jednego człowieka&#8230;</p>
<p>Któregoś razu przybył do mnie pewien jogin z Indii. Powiedziałem mu to, co każdemu innemu: „Ja jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Ojcem Tego, Co Jest i Co Będzie!” Ale on nie uciekł. Żachnął się tylko:<br />
– Jasne&#8230; Niby skąd ci taki pomysł do głowy przyszedł?<br />
Zatkało mnie z lekka, ale odpowiedziałem:<br />
– Byłem tu pierwszy i z mojego życzenia te wszystkie istoty powstały! Odejdź, nędzny człowieku, bo zniszczę cię w mgnieniu oka swoją wszechwładną mocą!<br />
Jogin spojrzał na mnie dziwnie, trochę jak na idiotę, trochę jak na wariata, któremu trzeba współczuć, pokręcił głową i niespiesznie&#8230; zniknął. Nie poleciał na Ziemię tylko zniknął. Zidentyfikowałem jego ciało, siedzące pod wielkim drzewem w pozy-cji medytacyjnej joginów.</p>
<p>Opowiedziałem o tym zdarzeniu Szatanowi. Ten zasępił się i długo, długo myślał.<br />
– Sprawdzę to – rzucił nagle i już go nie było.<br />
Wrócił ledwo żywy.<br />
– Osz kurde – powiedział i długo nie mógł złapać tchu. Patrzyłem na niego z przestrachem. – Pamiętasz to drzewo poznania dobra i zła, cośmy wymyślili kiedyś w Edenie?<br />
Skinąłem głową. Co ta sprawa mogła mieć wspólnego z naszym joginem?<br />
Niepotrzebnie wprowadziliśmy to w życie. Chyba owoce tego drzewa nadal kiełkują w umysłach ludzkich. Ten tam jogin nazywa się Siddhartha. Nie wierzy w to, że jesteś stworzycielem, nie wierzy w to, że jesteś wszechmocny i że bez twojej łaski cokolwiek jest możliwe. Nie wierzy też, że najwyższym szczęściem, jakie może spotkać człowieka, jest spotkanie ciebie i obcowanie z tobą. On twierdzi, że poza tym światem jest inny, taki, w którym można być całkowicie wolnym, i że on ten świat poznał i gdy umrze, przeniesie się tam na zawsze.<br />
To jakieś bzdury!<br />
Pewnie, że bzdury. Tak jak bzdurą był nasz wymysł o tym drzewie w Edenie. Ale – jak już się po wielekroć przekonałeś, twoja wola zasiewa ziarno. I tamten żarcik właśnie takie ziarno zasiał.<br />
– Ale to bzdury, więc czym się przejmujesz?<br />
– Może ten człowiek narobić sporego zamieszania w głowach ludzi. Mogą się od ciebie odwrócić!<br />
– To trzeba go unieszkodliwić!</p>
<p>I próbowaliśmy różnych sposobów. Najlepszym z nich wydawało się nasłanie na niego jego własnego ucznia, którego Szatan przekonał, że Siddhartha, zwany od niedawna Buddą plecie głupoty, bo chce władzy nad ludzkimi umysłami. Ale ilekroć uczeń ten próbował dokonać zamachu na życie Buddy, nie udawało się. Raz nawet wielki kamień, który miał spaść Buddzie prosto na łeb, zatrzymały dwie skały, które poruszyły się wtedy. Szatan spojrzał na mnie:<br />
– Ej, co robisz! – zapytał.<br />
– To nie ja! – krzyknąłem w najwyższym zdumieniu. – To nie ja! Nie wiem co to!</p>
<p>Najgorsze, że inne istoty z mojego wymiaru zaczęły temu gościowi pomagać. To wszystko było beznadziejne. Opuściłem Ziemię i schowałem się znowu tam, gdzie się wszystko zaczęło. Dopuszczałem do siebie tylko Szatana, który informował mnie o wszystkim. Budda to był nieźle pokręcony koleś. Był kiedyś księciem, miał żonę, dziecko, pałace, służbę – no, wszystko, co tylko można było mieć wtedy w Indiach. Ale on sobie wymyślił, że będzie mistykiem. I w końcu uciekł z tego pałacu, zostawił swoją biedną kobietę (a niezła była z niej laska – tak przynajmniej mówił Szatan, który znał się na kobietach, oj, znał!), zostawił dziecko i został ascetą. Słomianego zapału to on nie miał – kilka lat prawie nic nie jadł i nie pił, medytował, nawet najbardziej hardcore’owi twardziele wśród ascetów podziwiali go. Ale w końcu rzucił to tak samo nagle, jak wcześniej pałac. Wstał, wszamał całą michę ryżu i sobie poszedł. Potem usiadł pod drzewem i tak siedział, siedział, siedział… i nagle coś się z nim stało takiego właśnie, że przyleciał do mnie. Resztę znacie.</p>
<p>Szatan mówił, że spoko, że Budda ma tylko garstkę wiernych towarzyszy, że niedługo umrze i będzie po kłopocie. To, co głosi, nie przetrwa nawet tysiąca lat, tym bardziej, że dopuścił do swojej gromadki pięknoduchów kobiety (zresztą Szatan nie omieszkał mu tego zasugerować).</p>
<p>Ja jednak siedziałem jak na szpilkach. Coś tu się działo takiego, nad czym nie miałem kontroli.<br />
– Masz kontrolę nad wszystkim – mówił Szatan. – To prawda, że trochę namieszało to drzewo z Edenu, ale przecież i ono zostało wymyślone przez ciebie, więc tak naprawdę wszystko co się dzieje, dzieje się za twoją przyczyną. Musisz tylko uważać.<br />
– Zaraz, zaraz – nie dawała mi spokoju pewna myśl. – Nie rozumiem co ma jedno do drugiego. Skoro to było drzewo POZNANIA, to może ten człowiek rzeczywiście POZNAŁ coś, co przeczy wszystkiemu. Może ma rację. Może nie jestem stwórcą, nie jestem wszystkowiedzącym i wszechmocnym ojcem wszystkiego, co jest i co będzie.<br />
– E tam. Pewnie, że jesteś. On jest takim człowiekiem, jak wszyscy inni przez ciebie stworzeni. Robi się stary i niedługo umrze.<br />
– A jeśli nie umrze?<br />
– Jak ma nie umrzeć, skoro wszyscy umierają?<br />
– Zobaczymy&#8230;<br />
I zobaczyliśmy. Budda umarł. Ale nie było go ani w Niebach, ani w Piekłach, gdzie trafiali wszyscy moi wyznawcy. Cuda i dziwy&#8230; Szatan tłumaczył, że przecież nie był moim wyznawcą i nikt nie powiedział, że trafi do Nieba albo do Piekła. Tymczasem w Izraelu powstawały głębokie traktaty teologiczne, będące najlepszym dowodem, że nikt tam nie miał wątpliwości co do prawd głoszonych w moim imieniu.</p>
<p>Przed dalszymi poszukiwaniami Buddy powstrzymywał mnie Szatan.<br />
– Po co masz się denerwować – mówił. – Dobrze w ogóle, żeś nie słuchał tego wszystkiego, co on tam plótł. Toż to takie bzdury były, ze skonać można było!<br />
Machnąłem ręką. Może i ten gość odkrył jakiś inny świat, ale na tym świecie, czy chciał, czy nie – musiał umrzeć. I od tej pory wszystko było jak dawniej (oprócz gromadki zapaleńców – jego wyznawców, którzy nie szkodzili mi jednak zbytnio). Gdybym chciał, mógłbym zesłać kolejny potop. A on – nie.</p>
<p>Ziemię obserwowałem z daleka. Szatan za to przebywał tam coraz częściej. Fajnie mieć kogoś, komu sprawia frajdę babranie się w szczegółach, które mnie przeważnie nie interesują. Mogę mieć całkiem spokojną głowę.</p>
<p>Powiem jeszcze o tych Niebach i Piekłach. Ludzie, jak umierają, idą właśnie tam. Jak przestrzegają moich praw, są dobrzy dla siebie, modlą się i rozwijają duchowo – idą do któregoś z Nieb (chociaż większość wierzy, że jest tylko jedno Niebo i ja tam mieszkam, ale kto by się tam przejmował w co oni wierzą, ważne, żeby wierzyli we mnie). W tych Niebach myślą, że są bóstwami, ale mało kto w to wierzy na Ziemi. Głównie w Egipcie, w Ameryce i w Indiach (tych ostatnich nie obczajam do końca, mają tak pokombinowane we łbach, że sami nie wiedzą chyba co tak naprawdę myślą) czczą tych bożków z Nieb, ale ja im pozwalam. I tak to się będzie musiało kiedyś skończyć, bo wiara we mnie jest na Ziemi najsilniejsza i już niejednego bożka wykorzeniłem z umysłów ludzi. Ma to, przyznam, pewną funkcję autoterapeutyczną – dzięki takiemu powolnemu zdobywaniu Ziemi, nawet pod różnymi imionami, cały czas się przekonuję o tym kto naprawdę rządzi i dzięki temu wszelkie wątpliwości egzystencjalne, które miewam trwają nadzwyczaj krótko.</p>
<p><strong>V</strong><br />
Od czasu historii z Buddą–Siddharthą musieliśmy cały czas trzymać rękę na pulsie. Kiedy tylko pokazywał się ktoś – szczególnie w Azji Mniejszej, kto przejawiał jakieś większe zdolności psychiczno–mistyczne, zaraz brałem go pod swoje skrzydła. Wymyślaliśmy z Szatanem różne sposoby na to, żeby ludzie, wierząc w takiego kogoś, wierzyli jednocześnie bardziej we mnie. Narobiło się proroków, świętych i mistyków, że hej! A potem pojawił się Jezus.</p>
<p>Jezus był chyba najszlachetniejszym człowiekiem, jaki zrodził się na Ziemi. Pochodził z ubogiej, ale uczciwej, nawet jak na tamte czasy, rodziny. Wszystkim pomagał jak umiał, całe dnie spędzał na szukaniu okazji do zrobienia czegoś dobrego, wszyscy go wprost uwielbiali. A w nocy modlił się, medytował, myślał… Dla Żydów był trochę zbyt dociekliwy, jeśli chodzi o prawo Mojżeszowe. A nawet o wiele zbyt dociekliwy. Trzeba było na niego uważać, bo Sokrates to był przy nim pestka. Ale wtedy jeszcze nie za bardzo się nim zajmowałem.</p>
<p>Dowalił drew do pieca, jak to mówią, dopiero taki jeden Jan. Człowiek opętany przez własne wizje, szalony. A wtedy ludzie w tamtych okolicach byli wyjątkowo spokojni, rozważni i – rzekłbym – nawet przyziemni. Kiedy tylko Jan zetknął się z Jezusem, coś go po prostu opanowało. Wyczuł, że tamten jest jednym z tych mistyków i od razu: „Jezus, Jezus, wspaniały człowiek, to wysłaniec, mesjasz, prorok!” I się porobiło…</p>
<p>Jezus cieszył się, że ten nieco nadekspresywny dziadek o szalonym wejrzeniu tak go polubił, bo jakoś ludzie mało go słuchali (dzięki temu zresztą musiał wyrobić sobie dar przekonywania, z którego potem był sławny). I zaczął Jan rozpowiadać, jak to gołąbek nad Jezusem fruwał świetlisty, jak to aniołowie trąbili, a potem to myślałem, że normalnie spadnę z nieba, jak wypalił, że słyszał głos Boga mówiący: „Oto mój syn umiłowany!”. Cholerna ludzka wolna wola!</p>
<p>Szatan do dzisiaj mi wypomina moją słabość do Jezusa. Bo w sumie to niesamowity człowiek był. Urzekał mnie w jakiś sposób. A trzeba było działać szybko, bo po tym, co powiedział Jan, to albo tak, albo tak. Gdybym nie wszedł do akcji, to zaraz by się okazało, że Jezus żadnego poparcia z niebios nie ma i by go ukamienowali razem z Janem jako bluźniercę. A szkoda mi go było, naprawdę. No i go adoptowałem.</p>
<p>I zaczęło się. Jezus nauczał bardzo mądrze, naprawdę, trzeba było tu takiego kaznodziei jak on już od dawna. I zgadzałem się z nim, obiema rękami mógłbym się podpisać pod tym, co mówił. Ale rozgorzały kłótnie: czy on jest mesjaszem, który ma zejść na ziemię według słów jakichś tam proroków, czy jest tylko zdolnym mówcą? Czy jest naprawdę moim synem? Uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych, ale takie rzeczy robili już w Indiach co poniektórzy. Tyle, że tutaj ja maczałem w tym palce. Chyba. Miałem do chłopaka taką słabość, że wspierałem go we wszystkim, co robił. Trzeba przyznać, ze trochę jednak uderzyło mu to do głowy (w końcu był tylko człowiekiem). Trochę zbyt dosadnie się wyrażał, nie miał, jak to mówią, zbyt dobrego PR i wielu ludzi po prostu nie mogło go znieść. I w końcu sprawa Jezusa stała się sprawą polityczną i zabili go Rzymianie. Choć właściwie sam się poświęcił, żeby ratować życie swoich uczniów i zwolenników. Żeby nie doprowadzić do zaognienia konfliktu. Żeby nie zginęli inni ludzie. Wziął na siebie wszystko, o co oskarżano jego i tych, którzy go popierali.</p>
<p>Z tą jego śmiercią to trudna była sprawa. Chciałem go ratować, ale Szatan jakby fioła dostał. Myślałem, że mnie zwyzywa, z takim zapamiętaniem zaczął mnie od tego pomysłu odciągać. A ja byłem uparty… Szatan wołał:<br />
– Co ty chcesz zrobić?! Przecież on nie po to się poświęcił, nie po to taki piękny gest czyni, za który będą go sławić pewnie do końca świata, żebyś to zmarnował! I co on potem zrobi? Powie: „A kuku! To był tylko taki żart!” I myślisz, że zyskasz na tym coś?<br />
– Właśnie, że zyskam! – nie dawałem za wygraną. – Przekonam ludzi, że naprawdę mam moc wskrzeszania! Raz na zawsze uwierzą, że jestem wszechmocny! A poza tym ja nie chcę, żeby on umarł. Może i ma rację, ze jestem bogiem miłości. Tak! Jestem bogiem miłości i nie pozwolę umrzeć niewinnemu człowiekowi!<br />
– Jakim bogiem miłości?! – żachnął się Szatan. – Tyle ludzi ginie cały czas, winnych i niewinnych, nawet o tym nie pomyślałeś. Jesteś egoistą, ot co! Nie chodzi ci o niewinnego człowieka, tylko o człowieka, którego lubisz bardziej niż kogokolwiek innego. A on i tak w końcu umrze!<br />
– Niech ponaucza jeszcze trochę. Budda żył tyle czasu i zobacz ile krwi napsuł! Musi być jakaś równowaga!<br />
– Jak i kogo będzie nauczał, Rzymian? Nikt go nie będzie słuchał! Zrobią Żydom taką rzeź, że zobaczysz! Myślisz, że w dalekim Rzymie będą się przejmować tym, że ktoś roznosi wieści o Jezusie, co go Bóg uratował od śmierci?!<br />
Wytoczyłem ostatni argument:<br />
– Ty się boisz, że nie uda mi się go uratować!<br />
Szatan zdębiał.<br />
– Ty się boisz, że ja wcale nie jestem wszechmocny! – ciągnąłem, bo nagle zdałem sobie sprawę z tego, że do tej pory nigdy nie zrobiłem niczego, co by ewidentnie na moją wszechmoc wskazywało. – Teraz jest moment, w którym mogę to udowodnić. I zrobię to.<br />
Szatan popatrzył na mnie dziwnym, dzikim wzrokiem, ale powiedział cicho i spokojnie:<br />
–  Dobrze. Zrób to.<br />
I wtedy straciłem odwagę. Rzeczywiście – taki gest nie mógł skończyć się dobrze. Poza tym – dlaczego Szatan miałby niby bać się, że okaże się, że nie jestem wszechmocny? Takie lęki mogli mieć ludzie, którzy usiłują dowieść wyższości mojej – swojego Boga – nad innymi bogami. Ale on? Chyba nie miał żadnych podobnych motywacji…</p>
<p>Naprawdę, żal było patrzeć, jak Jezus na chwilę przed śmiercią załamał się i pytał dlaczego go opuściłem. A mnie jakby sparaliżowało – nie zrobiłem nic oprócz spędzenia burzowych chmur i walnięcia kilkoma piorunami. Mimo zwątpienia, wylądował w najwyższym niebie, skąd jeszcze raz, trzy dni po śmierci, zszedł do swoich zwolenników, żeby pokazać im jaki z niego mocny gość.</p>
<p><strong>VI</strong><br />
Na temat Jezusa stworzono masę legend, tak jak zresztą na temat Buddy i innych ludzi, odstających pod jakimś względem od reszty. Może i bez tych legend zapomnianoby o nim… W każdym razie moi wyznawcy podzielili się na tych, którzy Jezusa uznają za mesjasza i tych, którzy na mesjasza wciąż czekają. Jak to się z tym mesjaszem zaczęło – nie mam pojęcia. Prorocy coś namieszali.</p>
<p>A jednak okazało się, że Szatan znów miał rację. Po śmierci Jezusa zapanował względny spokój. Wielu jego wyznawców zginęło z rąk Rzymian, ale w końcu i Imperium nawróciło się na chrześcijaństwo. To właśnie za pomocą wiary w Jezusa, dzięki temu, że poświęcił się i umarł, pokonałem wpływy bożków w Rzymie, a potem w ogóle – w całej Europie.</p>
<p>Fajna zabawa to obserwowanie wędrówki ludów i przemian demograficznych na Ziemi. Tyle, że Żydzi się jacyś tacy porobili niemrawi. Zaczęli na nich i na chrześcijan napierać Arabowie. Pomyślałem sobie, ze przydałby się mojemu ludowi generał. I porządna armia. Rzym przejął chrześcijaństwo, ale Imperium zaczęło się walić, ubabrane w przekupstwie, rozpasaniu i całym tym syfie, który zawsze się pojawia, kiedy kraj jest zbyt silny i władza myśli, że nic mu nie zagraża. To zawsze jest początkiem końca. Oni też długo nie pociągnęli.</p>
<p>Tymczasem zrobiło się coś zbyt miłosiernie po tym, jak Jezus nagadał ludziom, że jestem dobry i że oni muszą być pełni miłości i nadstawiać policzek. Rzym w to uwierzył – i padł. Ci, którzy wykończyli Rzymian i też przejęli chrześcijaństwo tak naprawdę byli słabi, nie umieli się porządnie zjednoczyć i gdyby tylko Arabowie zapuścili się głębiej w Europę, nie pozostałby kamień na kamieniu. Wpadłem na świetny – godny prawdziwego stratega, jak powiedział Szatan – pomysł. Mieszkał sobie w mieście Mekka gość normalnie szalony. Ludzie się go trochę bali, trochę się z niego śmiali, ale – co było ważne – był on, że tak powiem „wrażliwy mistycznie”, a jednocześnie – twardy, zawzięty i niesamowicie wyszkolony w walce i w sztuce wojny. To właśnie za jego pomocą opanowałem Arabów. I groźba tego, że ktoś położy kres moim wyznawcom, zniknęła.</p>
<p>A było to tak:<br />
Wysłałem do Mahometa, bo tak się ów gość nazywał, jednego z zaufanych i posłusznych mi aniołów (zwanych w Azji Wschodniej dewami), żeby do niego w moim imieniu przemówił. Na jednej gadce się nie skończyło. Szatan stał się na ziemi tak popularny, albo raczej – ze względu na specyfikę tego jak się tam zabawiał – niepopularny, że Mahomet ledwo dał się przekonać, ż to nie on do niego nawija, tylko ja, czyli anioł, czyli – niby ja. Znał, skubany, historię kuszenia Jezusa (bo zapomniałem powiedzieć, że Szatan sprawdzał Jezusa prawie tak samo jak wcześniej Buddę, kusząc go różnymi pierdołami, które ludzie tak lubią), wiedział, że diabli niekoniecznie muszą mieć rogi i ogon. Szatan już niejednego wykiwał i ludzie tracili do niego zaufanie. Uciekał się do coraz bardziej wyrafinowanych metod i wprowadzanie tych metod w życie było chyba jego ulubioną rozrywką intelektualną.<br />
– Logika ludzka jest fantastyczna – mówił mi kiedyś. – Da się za jej pomocą udowodnić wszystko, co tylko chcesz, ale czasem trzeba się naprawdę nieźle nagłowić. Ludzie są coraz sprytniejsi i mądrzejsi. Ale jak się uda, to czuję się, jakbym normalnie stworzył dzieło sztuki.</p>
<p>No, ale miało być o Mahomecie, a nie o Szatanie. No więc, kiedy Mahomet już uwierzył, że rozmawia ze mną (nie obyło się bez pomocy Szatana, bo biedny anioł–dewa nie wiedział już czasami co robić), zaczął spisywać wszystko, co usłyszał. Oprócz takich różnych rzeczy, co i w księgach żydowskich zapisano, obiecałem Arabom w Mahometowej księdze między innymi to, że jak oni mi pomogą, to i ja im pomogę – tak wprost – po wojskowemu. Nie było tam tyle już o miłosierdziu, więcej o walce właśnie. Do bojowego plemienia trzeba było bojowym językiem. Poza tym – mieli być przecież moimi strażnikami i moją armią. I jeszcze dałem im tam do zrozumienia, że jak nie będą mnie słuchać, to znajdę sobie innych. W opisach raju daliśmy Arabom dziewice piękne ponad wytrzymałość wzroku. Szatan–kobieciarz nie mógł się powstrzymać. Ale niech coś tam po nim zostanie. Gdyby nie on, pewnie Mahomet nie dałby się przekonać, że to nie on – hehe, śmiesznie to brzmi – podyktował mu Koran.</p>
<p>Trochę tam próbowałem też naprostować to, co wcześniej sknociłem ja, Szatan albo sami ludzie. Powiedzieliśmy na przykład, że Jezus nie był tak naprawdę synem bożym, tylko prorokiem, wspaniałym człowiekiem, który jest w niebie i na pewno wpadnie na sąd ostateczny. I żeby nie było tak słodko, nie mówiliśmy tam za wiele o miłości. Raczej staraliśmy się używać słowa „litość”. Więcej było natomiast o karze. Niech sobie uważają.</p>
<p>Mahomet nie bawił się w finezyjne słówka. Jak ktoś nie chciał go słuchać, dostawał w ryło i tyle. To był żołnierz, z krwi i kości. Nie udało mu się specjalnie przekonać Żydów i chrześcijan do siebie, ale ja o to nie zabiegałem. W Koran uwierzyli Arabowie – i to wystarczy. Moich wyznawców było tylu, że nikt im już nie mógł zagrozić. Rozpanoszyli się od zachodnich krańców Europy aż po Indie. W tych ostatnich zresztą jakiś czas później moi ludzie zrobili taką awanturę, że po buddystach prawie śladu nie było. W ogóle – jeśli jakieś ludy w zasięgu moich wyznawców nie wierzyły we mnie i nie dawały się przekonać chrześcijanom „po bo-żemu”, to muzułmanie rozmawiali z nimi „po ludzku” i było po sprawie.</p>
<p><strong>VII</strong><br />
I tak to się działo wszystko do momentu, kiedy nie było już właściwie kogo do siebie przekonywać. Zanim się obejrzałem, dzikie ludy w Ameryce czy w Australii, przejęły, a właściwie musiały przełknąć chrześcijaństwo, wrzepione im przez Europejczyków w sposób daleki od łagodności Jezusa. Jezus był w niebie, ale musiał w jakiś sposób odpokutować to, że wyrażał się wobec ludzi w tak radykalny nieraz sposób. Patrzył czasami na ziemie i rwał sobie włosy z brody: „Co oni zrobili z moją nauką! Jak te rzeźniki mogą się na mnie powoływać! Jak ja wyglądam w oczach niewiernych teraz?” Na szczęście byli też dobrzy chrześcijanie. Gdyby nie oni, Jezusa chyba by szlag trafił przedwcześnie. A był tam potrzebny, tak jak zresztą i Mahomet. Pojawiali się, wzywani przez co wybitniejszych mistyków. Nie mieli wyj-ścia. Zadziwiała mnie moc ludzi, którzy w imię Jezusa, Mahometa, czy moje potrafili robić różne rzeczy zupełnie ode mnie niezależnie. Szatan mówił, że to ja im takie prawo kiedyś dałem. Nie pamiętam, ale całkiem możliwe… Ogólnie jednak panował totalny burdel: wymyślili krucjaty, dżihad, reformacje, deizmy, ateizmy, terroryzmy – słowem – groch z kapustą.</p>
<p>Jakoś to wszystko trzymałem we względnej równowadze, ale w sumie nudno się zaczęło robić. Byłem potężnym, wielkim Bogiem, ale nie miałem żadnej konkurencji. To tak jak odpalić gierkę na najłatwiejszym poziomie, wpisać kod na nieśmiertelność i grać kilka godzin dziennie. Bez sensu. Trzeba było się rozejrzeć za jakimś przeciwnikiem poza strefą moich wpływów. Zostawiłem Ziemię Szatanowi i rozpocząłem poszukiwania. Moja świadomość przemierzała próżnię kosmosu, systemy gwiezdne, galaktyki, gromady galaktyk… Wszędzie roiło się od istot mniej lub bardziej podobnych do mnie, do ludzi, do zwierząt, demonów, duchów, ale nigdzie nie znalazłem nikogo, kto miałby tak ogromną władzę i tak wielkie wpływy jak ja. Były gdzieś daleko ogromne skupiska istot z tej samej, jak to mówią, gliny ulepieni, co ludzie, ale nie wierzyli w żadnych bogów oprócz tych, których sami sobie stworzyli (na Ziemi na szczęście zjawisko takie nie było zbyt często spotykane). Sami sobie byli bogami, rozwinęli niesamowite cywilizacje… ale olałem ich. Nie chciało mi się znów zaczynać. Widziałem, że długo się sobą nie nacieszą. Na jednej z planet już wyginęli. Zostały maszyny, które pobudowali. Chyba nawet to te maszyny powybijały ich co do nogi? Nie interesowało mnie to jednak, miałem to gdzieś. Dlaczego? Nie wiem. Może po prostu byłem już wtedy trochę zmęczony… Co więcej, czułem lekki niepokój, kiedy widziałem ich kosmiczne myśliwce, „gwiazdy śmierci”, miecze świetlne, stacje międzyplanetarne, zakony rycerzy Jedi… Nie wiem skąd ten niepokój wynikał. Może stąd, że wiele z tych ludów wyznawało coś w rodzaju buddyzmu, coś, co było religią, ale nie było związane ze mną? A może podświadomie bałem się, że ktoś inny stworzył te istoty? Bo w sumie nie miały wiele ze mną wspólnego, chociaż, ogólnie rzecz biorąc, pasowały do znanych mi schematów. „Widać moja wola jest znacznie szersza niż świadomość” – tłumaczyłem sobie to, że mogłem stworzyć istoty, o których nie miałem pojęcia. Mimowolnie jednak szukałem przez jakiś czas kogoś, kto mógłby stworzyć to wszystko. Aż w końcu trafiłem do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Było tam kilka istot, których pojawienie się miałem okazję zaobserwować dawno, dawno temu, zanim znalazłem lub stworzyłem Ziemię. Większość z nich nie zmieniła się ani trochę. Ich duchy unosiły się w przestrzeni. Ale wyczuwałem w nich coś nowego. Nie promieniowały już taka mocą jak wcześniej. Nie da się tego przełożyć na język ludzki, ale można to w przybliżeniu porównać do tracącej blask gwiazdy. Albo do gasnącego płomienia. Albo do… no właśnie – do starzejącego się i umierającego człowieka. To była starość. Te istoty, które były wcześniej przekonane o swojej nieśmiertelności, które były tu przez miliardy ziemskich lat, teraz gasły. W niektórych wyczuwałem strach, zaskoczenie, rozpacz, w innych spokój i poruszającą łagodność. Obok nich pojawiały się inne istoty, młode, energiczne, promieniujące ogromną żywotną energią. Rozpierzchały się na wszystkie strony lub pozostawały w miejscu podejmując odwieczną medytację, w której pogrążony był kosmos. Nigdy wcześniej nie miałem takiego poczucia podobieństwa do nich wszystkich. Jednocześnie zaś byłem obcy. Porzuciłem je, żeby zająć się drobnym, krwiożerczym ludkiem na jednej z odległych planet. Przestałem rozumieć własnych… ziomków. Nieistotne wydawało mi się teraz to, czy ja je stworzyłem, czy stworzył nas ktoś inny, czy po prostu powstaliśmy skądinąd… może tak jak ludzie – odradzając się raz na ziemi, raz w piekłach, kiedy indziej znowu w rajach, odrodziliśmy się tym razem w tej przestrze-ni, a kiedyś byliśmy kimś innym…</p>
<p>Pogrążony w myślach nie zauważyłem nawet, kiedy poniosło mnie daleko, daleko stąd. Wokół panowała zupełna ciemność, nie było tu żadnych gwiazd, żadnych istot, żadnych wędrujących dusz czy ciał niebieskich. Zdałem sobie sprawę gdzie jestem, gdy wibrująca życiem energia galaktyk przestała do mnie docierać. Panował idealny spokój. Spróbowałem wsłuchać się w niego. Bałem się jednak w jakikolwiek sposób poruszyć, żeby nie zburzyć tej wdzierającej się do umysłu i usypiającej wszystkie niespokojne myśli ciszy. Kiedy już przestałem czuć i myśleć cokolwiek, zapomniawszy o wszystkich pytaniach i problemach, jakie przede mną jeszcze niedawno stawały, w moim umyśle zaczęło kiełkować coś, co nie pochodziło ode mnie, coś, co nie było żadną uwolnioną spod przemożnego wpływu Ciszy myślą, a jednak w pewien sposób „brzmiało” klarownie i czysto. Nie lękaj się – kołatało mi się uporczywie w świadomości. Byłem bardzo ciekaw co to jest. A „to” najwyraźniej zdało sobie z tego sprawę, gdyż powiedziało: Jestem Brahmą, Wielkim Brahmą, Zdobywcą, Niezwyciężonym, Wszystkowidzącym, Wszechmocnym, Panem, Stworzycielem, Władcą, Mianującym i Wydającym Rozkazy, Ojcem Wszystkiego, Co Jest i Co Będzie. „Gdzie jesteś, pokaż się” – zażądałem. Jestem tu – odpowiedziało to coś i zamilkło. Cisza trwała nadal, niezwykły spokój przenikał mnie na wskroś tak, że nie czułem nawet, że jestem, choć przecież używałem w myślach słowa „ja” na określenie tego, co rozmawiało z dziwną istotą. „Tu, to znaczy gdzie?” – zapytałem. I wtedy wszystko wokół nagle zajaśniało. Cała przestrzeń wokół rozświetliła się pochodzącym nie wiadomo skąd światłem. Nie było już ciemno, lecz jednolicie biało. Jednocześnie wszystko mi się w głowie zaczęło układać. Wszystko oprócz jednej, drobnej rzeczy, o której zapomniałem. „Ty nie jesteś Buddą, prawda?” – wypaliłem bez sensu. Jestem wszystkim, co jest i wszystkim, czego nie ma, choć nie jestem niczym, co możesz nazwać. Uff, przynajmniej tyle. To nie jest Budda. Budda kopnął w kalendarz dawno temu. „Gdzie on jest?” – ciągnąłem jednak wątek, choć zdawałem sobie sprawę, że moje pytania są żałosne, odbijają moje małe lęki i niepokoje, mój mały, ciasny światek, podczas gdy stoję w obliczu czegoś tak potężnego, o czym mi się nawet nie śniło. Dziwny „głos” odparł jednak łaskawie: Nie bój się, Buddy nie ma. „Czy to ty mnie stworzyłeś?” Jestem Stworzycielem wszystkiego, co było, jest i będzie, a także stworzycielem tego, czego nie ma. Sam jestem w tym i sam jestem tym. Chodź do mnie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/opus-dei/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ostatnie nieporozumienie</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/ostatnienieporozumienie/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/ostatnienieporozumienie/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 03 Jan 2009 03:38:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>POlek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[POlek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.schronisko.art.pl/?p=1597</guid>
		<description><![CDATA[Wokół było pełno ludzi, ale umierała sama. Tylko ona, w środku komory o gęstych ścianach &#8211; ciasnej przestrzeni, ograniczonej gasnącym wzrokiem. Po tej komorze szalał wicher. Wicher, który od wielu miesięcy, codziennie od nowa zabierał jej wszystko.
*
- Znów chyba trochę lepiej.
- Tak. Ale nic nie jadła od rana. Nie chce.
- Nie może tak być przecież&#8230;
*
Nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wokół było pełno ludzi, ale umierała sama. Tylko ona, w środku komory o gęstych ścianach &#8211; ciasnej przestrzeni, ograniczonej gasnącym wzrokiem. Po tej komorze szalał wicher. Wicher, który od wielu miesięcy, codziennie od nowa zabierał jej wszystko.</p>
<p>*<br />
- Znów chyba trochę lepiej.<br />
- Tak. Ale nic nie jadła od rana. Nie chce.<br />
- Nie może tak być przecież&#8230;</p>
<p>*<br />
Nie mogła już nic dla nikogo zrobić. I nie chciała, żeby oni robili cokolwiek dla niej. Skończyło się. Kochała ich. I oni kochali ją. To dlatego tak biegają, opiekują się i próbują przywrócić to, czego przywrócić się nie da. Gdyby się dało&#8230; nie dla niej. Dla nich. Całe życie żyła tylko dla nich. I tylko dla nich chciałaby nadal żyć. Jeśli tylko byłoby to możliwe.</p>
<p>*<br />
- Ciśnienie nadal słabe&#8230;<br />
- Ale wczoraj już coś lepiej było. Nawet długo siedziała.<br />
- Może jednak do tego szpitala znowu?</p>
<p>*<br />
Cierpienie jest nie do wytrzymania. I nie chodzi nawet o ból w odleżynach i ten straszny wysiłek przy każdym oddechu. Gdyby udało jej się umrzeć teraz, nikt już by się nie męczył. Ani ona, ani oni. Biegają wokół łóżka, gdzieś tam, za tą mglistą ścianą, jakby myśleli, że ważne jest to czy zjem coś rano czy nie. Do czego to zmierza? Dlaczego nikt tego nie przerwie?! Dlaczego nikt nie pozwoli jej odejść?! Kogo oni chcą oszukać?! Ją? Siebie? Śmierć?</p>
<p>*<br />
- Już dobrze, teraz mamę położymy&#8230; Nie będziemy już dzisiaj męczyć. To przez ten brak światła. Zaraz nadejdzie wiosna i znowu zaczniemy próbować chodzić. Zobaczy mama, postawimy mamę na nogi!</p>
<p>*<br />
Na jakie nogi? Jakie światło? Czy oni nie wiedzą co się naprawdę dzieje? Z moich oczu też nie potrafią nic wyczytać? Może już się nie da? A może nie chcą? Może nie mam prawa tak odchodzić? Ale umieram! To już koniec! Bądźcie przy mnie, usiądźcie tutaj, bliziutko, zanim będzie za późno&#8230; Pozwólcie mi na was popatrzeć! Na wasze uśmiechy, które tak kochałam&#8230; Przestańcie tak biegać! Nie tak miało wyglądać pożegnanie z wami! Dlaczego się zachowujecie tak, jakby to miało trwać wiecznie?!</p>
<p>*<br />
- Chcę&#8230;<br />
- Co takiego? Cicho tam! Mówi coś! Słuchamy&#8230;<br />
- Chcę&#8230; umrzeć&#8230;<br />
- &#8230;<br />
- Babciu, jeszcze nie musisz odchodzić!<br />
- Co też mama opowiada! Jeszcze mama będzie tańczyć na weselach wnuków!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/ostatnienieporozumienie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Droga stanem ducha</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/droga-stanem-ducha-cz-i-koty-gielda-piosenki-malowanie-dzwiekiem/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/droga-stanem-ducha-cz-i-koty-gielda-piosenki-malowanie-dzwiekiem/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 12 Aug 2008 21:56:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>POlek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[POlek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nocnygrajek.blox.pl/2008/08/Droga-stanem-ducha-cz-I-Koty-Gielda-Piosenki.html</guid>
		<description><![CDATA[Z okna na szóstym piętrze widać było ogrodzony teren budowy – obetonowane piwnice i przeciągnięte nad nimi rury. Mógłbym całymi godzinami tu siedzieć i obserwować kocią rodzinę, koczującą przy blaszanym płocie. Mama dwojga kociąt przechodziła właśnie jedną z rur na drugą stronę piwnic, gdy Dziunio zwrócił mi na nią uwagę:
- Patrz, idzie polować.
Kocia mama powoli [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Z okna na szóstym piętrze widać było ogrodzony teren budowy – obetonowane piwnice i przeciągnięte nad nimi rury. Mógłbym całymi godzinami tu siedzieć i obserwować kocią rodzinę, koczującą przy blaszanym płocie. Mama dwojga kociąt przechodziła właśnie jedną z rur na drugą stronę piwnic, gdy Dziunio zwrócił mi na nią uwagę:<br />
- Patrz, idzie polować.<br />
Kocia mama powoli zagłębiła się w trawy i chwasty obrastające rozpoczęty budynek, by po chwili wyłonić się z drugiej strony ogrodzenia i wskoczyć na stertę betonowych płyt. Leżało na nich coś różowego, czym kotka skwapliwie się zajęła.<br />
Tymczasem kociaki czekały na mamę w kącie budowy, gwarząc sobie z cicha:<br />
- Ty, załatw szlugi, póki matki nie ma.<br />
- Eee, ty załatw.<br />
- Najmłodszy jesteś, to nie pyskuj, tylko śmigaj po fajki.<br />
I najmłodsze, czarne kocię powędrowało leniwie „mostem”. Nie poszło jednak po fajki. Powolnym krokiem skierowało się ku matce, skubiącą wątpliwej jakości smakołyk, rozkładający się w sierpniowym słońcu. Tymczasem u Zuzi rozpoczynała się impreza, opuściliśmy zatem nasz punkt obserwacyjny i weszliśmy do mieszkania.</p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010753.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-739" title="drogą po torach na wschód" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010753-225x300.jpg" alt="" width="225" height="300" /></a>Był to już trzeci dzień naszej wędrówki, rozpoczętej w Szklarskiej Porębie zaraz po Giełdzie Piosenki. Chciałem najpierw, byśmy pierwszy jej etap pokonali w trójkę. Zapowiedziałem bowiem kiedyś Chickowi, że wezmę go ze sobą do K. – poety, który na starość osiadł w odludnym zakątku ziemi lubuskiej w poniemieckim budynku szkolnym, gdzie czas – tak jak i w całej wsi – zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Swoim pomysłem omal nie wyrwałem Chicka z korzeniami z sieci jego planów i zależności. Prawie już do nas dołączył, wysławszy rodzinę do Wrocławia pociągiem. Zreflektował się jednak w końcu i został. Kiwający się coraz zamaszyściej Dziunio z kubkiem piwa w dłoni namawiał go jeszcze, usiłując zapanować nad rozjeżdżającą się dykcją, ale nie zwracaliśmy już na niego uwagi. Kiedy Chick oświadczył, że rejterada na północ wiązałaby się ze sporymi wyrzutami sumienia, odpuściłem. Sumienie – rzecz święta, szczególnie u takiego człowieka jak Chick. Poszliśmy zatem na bazę przy akompaniamencie zachęcającego gardłowania Dziunia, który z rozmowy niczego nie usłyszał. Dopiero po dwóch godzinach, tuż przed odjazdem Cika zakrzyknął:<br />
- Polek, zmiana planów, wszystko się sypie! Ciq mówi, że z nami nie jedzie!</p>
<p>Zostawanie dzień po Giełdzie ma w sobie coś z powolnego obdzierania się ze skóry. Wszyscy po kolei żegnają się, pola namiotowe pustoszeją, zaś piękna, jeszcze dzień wcześniej rozświetlona i tętniąca życiem scenografia leży w strzępach pod sceną. Nie miałem siły poznawać na tegorocznej edycji imprezy poznawać nowych ludzi, nie miałem siły gratulować wykonawcom i nagabywać idoli mojej młodości. Podziękowałem tylko za wspaniały koncert Janowi Błyszczakowi „Mufce”, a zwycięzcy giełdy, Waldkowi Pawlikowskiemu powiedziałem szczerze:<br />
- Mam nadzieję, że zawsze będziesz pisać takie piosenki i szybko wydasz płytę, którą będę mógł kupić.</p>
<p>Najpiękniejsze są te wystąpienia, podczas których wyobraźnię zalewa tworzony przez dobiegające ze sceny dźwięki świat, świat wyrazisty i kuszący (lub odwrotnie – mroczny i budzący dojmujący smutek). Pawlikowski wymalował kamienisty, opustoszały step pod ciężkim od burzowych chmur, nieruchomym niebem. Wymalował go przed moimi oczami, mimo, że teksty – mocne, kunsztowne i szczere) dotyczyły czegoś zupełnie innego. Gdybym potrafił malować, za rok podarowałbym mu taki właśnie obraz.</p>
<p><strong>II</strong></p>
<p>Kiedy wreszcie dzień po Giełdzie Piosenki zebraliśmy się w drogę, na bazie wciąż zostało wielu niemogących rozstać się z festiwalem bywalców. Poszliśmy aż pod wodospad Szklarki, by tam wystawić kciuki i czekać na to, co nam los przyniesie. Przez kilka godzin jechaliśmy pod Zieloną Górę, rozmawiając z kierowcami o pieniądzach – był to temat, który najbardziej interesował wszystkich po kolei. Tak wykorzystywana jest dzisiaj ta słynna, opisywana w książkach na temat autostopu okazja do pozwierzania się obcemu, anonimowemu zabranemu z pobocza człowiekowi. Wysłuchiwane przez nas zwierzenia dotyczyły kredytów, zakupów, drogich i tanich przedmiotów, kont i lokat. Oto ciemna, a właściwie brudno-szara strona autostopu.</p>
<p>Moja kondycja fizyczna jest w fatalnym stanie. Nie mogę nawet zbyt długo siedzieć w kucki. Śmiech ogarnia mnie na myśl, że przez kilka lat usiłowałem medytować w pełnym, a potem pół- i ćwierć-lotosie. A jednak to wysportowanego i nie mającego żadnych z lotosami problemów Dziunia pierwszego ogarnęło zmęczenie, gdy utknęliśmy trzydzieści  kilometrów przed odludziem, gdzie mieszkał K. Spędziliśmy tam dobre trzy godziny. Samochody przejeżdżały raz na pół godziny i w końcu K. musiał zwinąć nas z trasy.</p>
<p>K. przywraca mi wiarę w szaleństwo i w to, że samotność nie grozi człowiekowi, który stosuje zasadę znajomego śpiewaka i balladzisty P., mówiącą, że na próby zaprzyjaźniania się z każdym szkoda czasu. Zasada niby oczywista, choć w wydaniu P., z jego podejściem do życia, jest mi zupełnie obca. Nie wierzę w żadne ludowo-katolickie zabobony, że niby w ludziach są jakieś pierwiastki dobra i zła, które trzeba poznać i osądzić. Sześćdziesięcioletni K., choć dusza-człowiek, zdaje się uznawać tylko ów zły pierwiastek, ale zarówno on, jak i jego rodzina sprawiają, że sparafrazuję – trochę żartobliwie – wspomnianą zasadę: szkoda czasu na szukanie względów u ludzi normalnych, skoro po ziemi chodzi tylu wspaniałych, znakomitych świrów.</p>
<p>K. jest autorem świetnych tekstów piosenek. Zajmuje się tą materią również naukowo. Bardzo liczyłem na jego opinię w sprawie swojego tekstu zjechanego na pewnym forum z zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn i w myśl jakichś wydumanych zasad. Myślałem nawet nad nieśpiewaniem tego tekstu (ciężko byłoby go napisać od nowa), gdyby negatywną opinię wydał jeszcze ktoś taki jak K. Ucieszyło mnie zatem, kiedy ten oświadczył, zanim zdążyłem zapytać:<br />
- Czytałem opinie o twoim tekście na forum. Najchętniej poustawiałbym tych wszystkich mądrali pod ścianą i poobstawiał kurwami jak sztachetami. Oni nie mają o tym pojęcia.</p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010711.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-737" title="p1010711" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010711-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>Oprócz nas gościło u K. jeszcze kilka osób. Choć generalnie stronię od ognisk, gdzie na dziesięć gitar śpiewa się od lat tych samych kilkanaście piosenek, które – choć piękne – wychodzą mi już od dawna bokiem. Tym razem żałowałem tylko tego, że prócz mnie nikt nie grał i nie śpiewał pieśni Cohena, Kelusa, Kleyffa i Kaczmarskiego – bo takiego repertuaru domagali się  zgromadzeni. K. najbardziej ceni twórczość autorską, więc mogłem zagrać też kilka swoich kawałków. Nocne rozmowy trwały do szóstej rano. Tylko Dziunio poszedł spać o drugiej. Ale jego czas nadszedł dnia następnego.</p>
<p>Średnia wieku zgromadzonych u K. gości wynosiła więcej niż suma wieku mojego i Dziunia. Opowiedziałem jednak Dziuniowi o córce K., która nie dość, że miała piękny głos, to jeszcze drastycznie ową średnią obniżała. Z tego też powodu Dziunio następnego dnia na pytanie o godzinę pójścia spać odpowiedział:<br />
- Weeź, o szóstej! I o mało nie wylądowaliśmy w Zielonej, i to na piechotę!</p>
<p><strong>III</strong></p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010735.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-732" title="poznań nocą" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010735-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>Do końca tego tygodnia chcieliśmy zwiedzić jeszcze kilka miejsc, pożegnaliśmy się zatem z gościnnymi gospodarzami i ruszyliśmy na północ. Poznań, Poznań… Tyle bólu, tyle przyjaźni, tyle samotności… I zawsze ten stan ulotności, stan Drogi, który wszystko potęguje. To wszystko, co się wydarzyło, co wyleczył czas, to wszystko – zamiast Miasta – stanęło mi przed oczami, gdy tylko wysiedliśmy z samochodu.</p>
<p><em>One wcale nie chcą odejść<br />
Sfrunęły się jak ptaki do ziarna<br />
Zagłuszają szept chwili<br />
Zasłaniają miasto z którym chcę się przywitać</em></p>
<p>Dopiero po wypiciu mrożonej kawy w znajomej knajpce Dziunia Poznań wyłonił się zza mgły i rozpoczął nową opowieść. Jej finał przybrał postać trwającej do późnej nocy imprezy i naszym porannym wyjściem na kolejną szosę.<br />
Jechaliśmy z wariatem. Dziunio, który siedział z przodu, twierdził, że kierowca był na prochach, choć ja jestem w stanie wyobrazić sobie takich, co na trzeźwo potrafią podczas jazdy oglądać się i głośno zaczepiać każdą mijaną młodą dziewczynę i ścigać się rozklekotanym gruchotem z innymi palantami z prędkością 140 km/h, mimo, że kilka dni temu Policja zabrała im prawko, a przy tym pieprzyć takie durnoty, że jaja opadają. Po jednym z licznych ostrych hamowań Dziunio zapytał:<br />
- Miałeś już jakiś wypadek?<br />
- Ja? Patrz na głowę – i pajac pokazał szramę na pół czaszki. – Niezłe, co?<br />
- I co, mózg wypłynął? – rezolutnie dowalił Dziunio.<br />
Imbecyl nie zajarzył, tylko począł opowiadać jak to po operacji mówiono nań Czesio. Ot, typowy rys psychologiczny przyszłej ofiary wypadku.</p>
<p>Chodzący denat dowiózł nas w końcu w okolice Chełmna, gdzie w sporych rozmiarów budce gastronomicznej dzięki życzliwości barmanki umyliśmy ręce w kuchennym zlewozmywaku. Gdy usiedliśmy do kolacji, Dziunio zapytał:<br />
- Myślisz, że miałaby coś przeciwko, gdybym umył sobie tam stopy?<br />
- Na mózg ci padło? – odparłem. – Tam się robi jedzenie! Dają ci palec, a ty zaraz chcesz całą nogę!<br />
To przekonało Dziunia i po zjedzeniu przepysznych zapiekanek rozłożyliśmy niezastąpione pięć metrów kwadratowych folii pod drzewami przy pobliskim jeziorze i położyliśmy się spać.</p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010768.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-733" title="tu mieszkał zbigniew nienacki" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010768-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>Dla podniesienia walorów edukacyjnych niniejszej pisaniny dodam, że przy nocowaniu na dziko, zwłaszcza bez namiotu, najlepiej wybrać miejsce, gdy jeszcze jest widno i nie spać pod drzewami lub nad wodą, gdzie populacja nieprzyjemnych stworzonek (w tym jaszczurek i kleszczy) jest znacznie większa. My oczywiście byliśmy kompletnie otumanieni Drogą i mimo, że pogwałciliśmy wszystkie te zasady, dzięki Jej opiece obudziliśmy się cali i zdrowi. Zaszkodzić nam mogli tylko ludzie, ale od tych odgrodziliśmy się starannie.</p>
<p>Następnego dnia w mieście Iława wyskoczyliśmy z rozklekotanej, wzbijającej tumany kurzu furgonetki. Było kilka pomysłów na spędzenie czasu na Mazurach, lecz nie zastanawialiśmy się długo. Trzydzieści pięć kilometrów na północ, nad jeziorem Płaskim, leżała miejscowość Jerzwałd, gdzie mieszkał ongiś Zbigniew Nienacki, autor przygód Pana Samochodzika, a także jednej z moich ulubionych lektur – „Raz w roku w Skiroławkach”. Zawarty w książce opis topograficzny tytułowej miejscowości jak ulał pasuje do Jerzwałdu, z tym, że… w lustrzanym odbiciu.</p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010782.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-734" title="grób zbigniewa nienackiego" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010782-225x300.jpg" alt="" width="225" height="300" /></a>Plotki o muzeum, które miało się mieścić w dawnym domu pisarza okazały się jednak nieprawdziwe. Mieszkający tam obecnie sympatyczny miłośnik koni powiedział, że owszem – kiedy bywał tu tylko latem planował przeznaczyć jeden z pokoi wyłącznie na kilka pozostałych po żyjącym niezwykle skromnie Nienackim gratów, ale zainteresowanie było niskie, a rodzina coraz większa. Dlatego – dodał ze smutnym uśmiechem – muzeum nie ma i nie będzie.</p>
<p>Posnuliśmy się zatem po okolicy, znaleźliśmy grób Nienackiego na jerzwałdzkim cmentarzu, po czym posiedzieliśmy pod wiatą koło jednego z trzech zgromadzonych w jednym miejscu spożywczaków. Wyciągnąłem gitarę, by zagrać Dziuniowi jakąś piosenkę związaną z wydarzeniem, o którym właśnie mu opowiadałem, lecz schowałem ją dopiero po kilku godzinach. Okazało się bowiem, że ludek ze Skiroławek nie jest już tak nieprzychylny obcym jak autor sugerował w powieści. Skończyło się natym, że wesolutcy jak polne koniki stanęliśmy wieczorem przy szosie. Brzdąkaliśmy i wygłupialiśmy się przez mniej-więcej godzinę. Oczywiście nikt się nie zatrzymał, stary rozkład PKS kłamał zaś w żywe oczy. Zostaliśmy zatem do rana, rozbiwszy nie wiedzieć po co taszczony przez Dziunia namiot na cudzej łące.</p>
<p><strong>IV</strong></p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010695.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-723" title="łapiąc" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010695-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>Przez cały dzień padało, wiało lub zanosiło się na burzę. Wylądowaliśmy koło południa na hałaśliwej trasie nr 16. Po trzydniowym snuciu się po obrzeżach Mazur byliśmy już nieźle brudni. Tymczasem było jasne, że ani prysznica, ani nawet jeziora raczej już nie zaznamy. Autostop szedł kiepsko, a właściwie to my kiepsko wybieraliśmy trasę. Tak najwłaściwiej, to ja wybierałem, bo Dziunio na Mazurach jeszcze nigdy nie był.<br />
I tak na dwa dni przed końcem wyprawy wylądowaliśmy w Olsztynie, którego bardzo chciałem uniknąć. Dziwne, pełne złodziei, żebraków i namolnych cygańskich obdartusów okolice dworca, konieczność jechania pociągiem i paraliżujący wszelkie działanie komplikator, który włączył się Dziuniowi sprawiły, że uszła ze mnie cała energia. Mieliśmy szukać za Grajewem Andrzeja Garczarka, odwiedzić działkę mojej babci, a może nawet zawitać do Białowieży, tymczasem brała mnie coraz większa ochota, by po prostu wracać na południe.<br />
- Ty, ale byłyby jaja – Dziunio wskazał upierdliwego małego cygana – gdybym wziął go pod pachę i gdzieś uciekł!</p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010808.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-730" title="mikołajki -przystań" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010808-300x159.jpg" alt="" width="300" height="159" /></a>Straciliśmy trochę pieniędzy na podróż pociągiem do Mikołajek. Przegęszczenie wzmagało się. Kilkunastu Niemców z walizami i rowerami, płacząca dwunastolatka z tatusiem, który nie potrafił jej uspokoić… Entszuldigung. Cel też wybraliśmy najgorszy z możliwych. Mikołajki to bardzo ładna miejscowość. I – niestety – mnóstwo ludzi, głośna muzyka z kilku lokalów mieszająca się ze sobą, obcość i tandeta – istne Krupówki. Jeszcze przed zachodem słońca spisałem ten dzień na straty. Iść spać, by jak najwcześniej wstać i się stąd zmyć. Tyle dobrego, że znaleźliśmy jakieś turystyczne kąpielisko – jedyne jak dotychczas miejsce, gdzie można było wejść do wody.</p>
<p><strong>V</strong></p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010686.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-721" title="w drodze" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010686-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>Neurotyczna tęsknota zaczyna się wtedy, gdy tęsknocie towarzyszą negatywne emocje wobec osoby, do której tęsknimy. Oczywiście żeby rozpoznać neurozę, trzeba najpierw w ogóle umieć rozpoznawać własne uczucia i potrafić powstrzymać się od natychmiastowej ich oceny. A do tego potrzebny jest spory dystans wobec siebie. Kiedy nam tego brak, zawsze możemy stwierdzić, że mamy rację i jesteśmy w porządku. Neuroza rozwija się bez przeszkód, a pokusa okłamywania siebie – i w konsekwencji również innych – jest zbyt silna, by jej, zupełnie niechcący, nie ulec.</p>
<p>Kiedy z powodu całkiem zwyczajnej tęsknoty, zmęczenia, pogody lub tego wszystkiego naraz zapał do wędrówki minął, przestałem pomału wędrować, mimo, że nadal poruszałem się po kraju. Wędrówka bowiem nie jest drogą lecz stanem ducha, bardzo zresztą potężnym. Sprawia, że kierowcy zatrzymują się, by mnie podrzucić, a nocleg znajduje się sam, nawet gdy się o to nie staram. Nie wystarczy jednak wyjść na szosę. Drogę trzeba mieć w sercu. A kiedy już się ją ma, trzeba dać się jej ponieść, być wobec niej ufnym, bezbronnym i otwartym – jak dziecko. Droga przenika mnie, a jej energia, która ze mnie emanuje, roztacza wokół aurę, odczuwalną dla innych.</p>
<p>Najbardziej odczuwam wypełnienie ową energią, gdy zatrzymam się w jakimś wielkim mieście. Nie jestem wtedy częścią tego miasta, lecz czymś dodanym, czymś skądinąd. To tak, jakby ktoś zrobił dwa zdjęcia tego samego miejsca: jedno ze mną, a jedno z ludźmi spieszącymi się do pracy, załatwiającymi własne sprawy. Gdy oba zdjęcia nałożyć na siebie, będę tam i ja i oni. Jednak gdy zabraknie mnie, nic się nie zmieni, gdy zabraknie miasta, również nie zmieni się nic. Jestem w innym wymiarze, jestem wolny. Budynki są jak drzewa, a ludzie jak ptaki. Miasto to fatamorgana utkana z promieni słońca. A moje w nim przebywanie – najczystsza magia.</p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010748.jpg"><img class="size-medium wp-image-719 alignleft" title="obiad" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/p1010748-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>Na drodze nr 16 wypadliśmy z Drogi. I Droga przestała nam sprzyjać. Wybór pola namiotowego w Mikołajkach jako miejsca noclegu, podyktowany zmęczeniem, stanowił jednocześnie odrzucenie zawieszonego w przestrzeni nieustannego zaproszenia. Od tego momentu wędrówka stała się zwykłą wycieczką. Auta nie zatrzymywały się już co kilkanaście minut, lecz co godzinę i nie wiem czy bez pomocy Państwowej Komunikacji Samochodowej dotarłbym na czas do Łomży. Dziunio odłączył się w połowie drogi, by odbić na Zachód. Dla niego może była to tylko przerwa w naszej wędrówce. Dla mnie – koniec. Tym bardziej, że obiecałem Karolince, że następnego dnia będę w Krakowie. A Dom to już zupełnie inna historia.</p>
<p>Dziunio nie pojął jeszcze Drogi, choć dużo lepiej ode mnie zdążył poznać wiele jej mechanizmów. Cóż – nikt chyba Drogi nie pojął do końca. Ja nauczyłem się w niej zanurzać i to dopiero kilka lat temu, podczas poprzedniej wyprawy zakończonej na Mazurach. W wieku Dziunia też byłem dopiero adeptem. Mam nadzieję, że starczy mu wrażliwości i odwagi, by iść dalej. Bo jest jedną z pięciu osób, o których z całą pewnością mogę powiedzieć, że Drogę mają w sercu.<br />
I że niepotrzebnie brał namiot.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/droga-stanem-ducha-cz-i-koty-gielda-piosenki-malowanie-dzwiekiem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Spacer przez czas</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/spacer-przez-czas/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/spacer-przez-czas/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 07 Feb 2007 18:08:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>POlek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[POlek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nocnygrajek.blox.pl/2007/02/spacer-przez-czas.html</guid>
		<description><![CDATA[Wchodziłem na Górę. Ulica św. Bronisławy, która jesienią wyglądała tak pięknie, przedstawiała smutny widok. Nagie drzewa odsłoniły daleki pejzaż, w którym główną rolę grały nagie ciała wieżowców, ponure kominy i bura przestrzeń nieużytków. Zewsząd powyłaziły blaszane budy, sklecone z różnokolorowych desek ogrodzenia i śmietniki, wywalające jęzory przezroczystych, żółtawych folii. Ponad tym wszystkim górował ponury kurhan [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">Wchodziłem na Górę. Ulica św. Bronisławy, która jesienią wyglądała tak pięknie, przedstawiała smutny widok. Nagie drzewa odsłoniły daleki pejzaż, w którym główną rolę grały nagie ciała wieżowców, ponure kominy i bura przestrzeń nieużytków. Zewsząd powyłaziły blaszane budy, sklecone z różnokolorowych desek ogrodzenia i śmietniki, wywalające jęzory przezroczystych, żółtawych folii. Ponad tym wszystkim górował ponury kurhan Kopca Kościuszki, otoczony badylami anten, masztów i zimowych drzew. Starsza kobieta dźwigała wypchane siatki. Była tu od zawsze, tak jak &#8220;zawsze&#8221; było tu w każdej chwili. Dziś Górę owiała atmosfera wczesnego PRL, rozpoczynającego żmudne dzieło odbudowy.</p>
<p class="MsoNormal">Cmentarz na Salwatorze powitał mnie wielkim bladym niebem, ciemnoszarymi wzgórzami widzianymi po drugiej jego stronie i nagłym uderzeniem czasu. Ze zdjęć na nagrobkach spoglądały na mnie twarze, ucharakteryzowane w dziwaczny, jak się dziś wydaje, sposób. Daty, nazwiska, liczby&#8230; Minąłem wielki grobowiec z dumnie i w jakiś groteskowy sposób radośnie wypisanym dużymi literami nazwiskiem: &#8220;Białoruscy&#8221;. Taki napis był być może elegancko wygrawerowany na złotawej tabliczce przytwierdzonej do drewnianych drzwi, za którymi znajdował się ciepły i pełen życia dom. Takie napisy widzimy w Familiadzie, gdzie pod ich sztandarem żywi ludzie biorą udział w wesołej (przynajmniej dla widzów) zabawie. Potem wszyscy zamieniają rozłożyste domy i przytulne mieszkania na kwaterki dwa metry pod ziemią. Napis na grobie milczy, nie słychać wokół wesołej muzyki, nikt nie wygrywa głównej nagrody, znikąd nie rozbrzmiewa śmiech dzieci, ani brzęk naczyń, gdy pani domu lub służąca podaje do wielkiego, okrągłego, drewnianego stołu pośrodku jadalni wyściełanej zdobioną tapetą&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">Skakałem z epoki w epokę. Małżeństwo. On &#8211; urodzony w 1916 roku, ona &#8211; w 1909. Znalazłem się nagle w momencie, kiedy się pobrali. On umrze wcześniej&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">&#8220;zmarł w 1966 r.&#8221;, a ona &#8211; w 2001&#8230; 34 lata&#8230; Co mam robić? Spieszyć się? Gdzie? Zacząć coś? Kontynuować? Dom się pali, ja jestem w środku, jeszcze chwila, jeszcze najwyżej kilkadziesiąt lat, i nie zostanie ze mnie nic&#8230; Nic nie zostanie z tego ciała, z tej myśli, z tej postaci w tym świecie, w tym miejscu i czasie.</p>
<p class="MsoNormal">Przy bramie, od strony cmentarza, przymurowano tablicę ku czci Jerzego Harasymowicza. &#8220;<em>Tak gotowym trzeba być do każdej ludzkiej podróży / Tak zdecydują w niebie lub serce nie zechce już służyć&#8221; </em>- wygrawerowano pod krótkim zdaniem na temat poety. Pomiędzy płytę a mur ktoś powciskał zioła i polne kwiaty. <em></em></p>
<p class="MsoNormal">Schodziłem w dół, zanurzając się w miasto. Świat opuszczał mój umysł, zostawał z tyłu, przylepiony do tej osobliwej brukowanej alei&#8230; Wkraczałem znów w plątaninę ulic, samochodów, budynków i tłumu, w którym nawet mieszkańcy Góry stapiali się w jedną, współczesną i do złudzenia nieśmiertelną masę. Hasła, szyldy, ceny, napisy i znaki znów wytrąciły ze swego miejsca mój mózg i ten ponownie znalazł się gdzieś daleko, daleko. Na bezczelnie niebieskim tramwaju rzucał się w oczy napis: &#8220;<em>Czy wiesz, że w 2008 r&#8230;.&#8221;</em> Bardzo ciekaw byłem tego, co się w 2008 r. stanie, niestety dalszą część zdania zasłaniał pień drzewa i kiosk. A ja&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/spacer-przez-czas/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Droga, miłość, muzyka</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/o-drodze-milosci-i-muzyce/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/o-drodze-milosci-i-muzyce/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 06 Jun 2006 21:50:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>POlek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[POlek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/blog/?p=399</guid>
		<description><![CDATA[Moje piosenki są o tym, co minęło i o tym, co właśnie ucieka, kiedy patrzę przez okno pociągu.
Na stacjach spotykam przyjaciół, by przez chwilę z nimi porozmawiać.
Zawsze jest ze mną tylko moja gitara i ktoś, kto zechciał dzielić ze mną ten dziwny los.
Kiedy pociąg staje na dłużej, odwiedzam miejsca, które kocham, sycę się ich widokiem, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Moje piosenki są o tym, co minęło i o tym, co właśnie ucieka, kiedy patrzę przez okno pociągu.</p>
<p>Na stacjach spotykam przyjaciół, by przez chwilę z nimi porozmawiać.</p>
<p>Zawsze jest ze mną tylko moja gitara i ktoś, kto zechciał dzielić ze mną ten dziwny los.</p>
<p>Kiedy pociąg staje na dłużej, odwiedzam miejsca, które kocham, sycę się ich widokiem, zapachem i atmosferą, póki znów nie usłyszę sygnału do odjazdu.</p>
<p>Chciałbym kiedyś umieć nie wsiąść do wagonu.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/o-drodze-milosci-i-muzyce/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wracanie wrocławskie</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/wracanie-wroclawskie/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/wracanie-wroclawskie/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 05 May 2006 18:52:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>POlek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[POlek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/blog/?p=382</guid>
		<description><![CDATA[Piękny Wrocław opuszczało mi się nader pechowo i – przyznaję – nad podziw bezmyślnie z mojej strony. Około 11 rano Ciq odprowadził mnie aż na szosę wylotową, gdzie postał ze mną trochę. Chwilami pomachiwał nawet na nadjeżdżające samochody. Przez moment staliśmy, jeden za drugim, z wyciągniętymi kciukami, dokładnie tak jak za starych, dobrych czasów, kiedy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Piękny Wrocław opuszczało mi się nader pechowo i – przyznaję – nad podziw bezmyślnie z mojej strony. Około 11 rano Ciq odprowadził mnie aż na szosę wylotową, gdzie postał ze mną trochę. Chwilami pomachiwał nawet na nadjeżdżające samochody. Przez moment staliśmy, jeden za drugim, z wyciągniętymi kciukami, dokładnie tak jak za starych, dobrych czasów, kiedy przemierzaliśmy Krainę razem we wszystkich kierunkach.</p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/pielgrzymi.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-383" title="pielgrzymi" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/pielgrzymi-300x232.jpg" alt="" width="300" height="232" /></a>Kilka razy się żegnaliśmy, ale stary druh nie mógł jakoś się zabrać. Ja też jakoś nie mogłem powiedzieć mu, żeby już szedł, bo przeszkadza łapać. Zresztą nie chciałem, żeby szedł. Moim marzeniem było, żeby się ktoś zatrzymał właśnie teraz i żeby Ciq nagłym porywem zabrał się ze mną, zostawiając za sobą niedokończone książki i nienapisane prace.</p>
<p>W końcu jednak oddalił się, a ja nie mogłem niczego złapać przez dobre dwie godziny. Słońce wypalało mi oczy, przyzwyczajone do światła 25-watowych żarówek w kanciapie, gdzie tymczasowo pracuję i od pół roku nieoswojone z zielono-błękitnym słonecznym dniem. Próbowałem praktykować medytację skupiającą przez liczenie oddechów, ale tylko raz w ciągu godziny udało mi się doliczyć do dziesięciu. Łapałem się tylko na tym, że stoję oparty o latarnię, z głową przytkniętą do jej stalowego słupa, wyciągając od niechcenia rękę.</p>
<p>W końcu wdrapałem się do autobusu PKS i kupiłem bilet do Kalisza za 17 zł. Opadłem na siedzenie i zasnąłem. Kiedy oprzytomniałem, zdałem sobie sprawę, że mogłem przecież skrócić podróż o połowę, zaoszczędzić pieniądze i wysiąść znacznie bliżej Radomska, za Oleśnicą, gdzie niegdyś widziałem najpiękniejsze dziewczyny na świecie i nocowałem samotnie w sadzie aronii. Było już jednak za późno. Przede mną rozciągało się starodawne miasto Kalisz, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy.</p>
<p>Starodawne miasto Kalisz okazało się bezkompromisowym zadupiem komunikacyjnym. Na dworcu PKS rozłożono bezradnie ręce, kiedy powiedziałem, że chcę do Radomska. W informacji PKP dowiedziałem się natomiast, że mogę pojechać przez Łódź. Kupiłem więc bilet. Kosztował 37 zł. Popatrzyłem na mapę. Ponad 200 kilometrów. Tyle, ile wynosi najkrótsza droga do Radomska z samego Wrocławia. Natomiast kilometry, jakie przemierzyłbym dziś, wybierając drogę przez Łódź, starczyłyby aż do Lublina. Wydałem już 54 zł. Zostało mi zatem 150, a musiałem zapłacić 108 za mieszkanie. Ogarniała mnie złość na samego siebie. Napisałem smsa do Karolinki, że chyba powinno się mnie puszczać nigdzie bez mamy. A potem nagle puknąłem się w czoło i przed samym odjazdem pociągu oddałem bilet. Potrącono mi niecałe 4 złote.</p>
<p>Wylotówka była na drugim końcu miasta, pojechałem więc autobusem. Udało mi się zatrzymać młodego, sympatycznego dostawcę słodyczy, podróżującego starą, rozklekotaną ciężarówką zrobioną z powypadkowego busa. Próbował rozkręcić rozmowę, ale ja chyba byłem zbyt zakręcony, żeby mu się to udało. Nie chciało mi się otwierać ust. Przed samym Sieradzem, gdzie miał mnie wysadzić kierowca, na niebie pojawiła się tęcza. Tworzyła ogromny, kolorowy łuk nad drogą i przepięknie pokolorowanymi słońcem polami i lasem.<br />
- To dobry znak dla jadących tą drogą – powiedziałem.<br />
- Zaczyna padać – odrzekł chłopak.<br />
- O cholera…</p>
<p><a href="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/gallery-9507467.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-384" title="idąc" src="http://schronisko.art.pl/blog/wp-content/uploads/2008/09/gallery-9507467-300x225.jpg" alt="" width="300" height="225" /></a>Nie padało jednak. Wszedłem na szosę wylotową z Sieradza w pełnym słońcu. Marzyłem o kojącym kremie do powiek, obiecując sobie, że gdy tylko dojadę do swojego miasteczka, kupię sobie taki. Minąłem przystanek MPK pełen ludzi i ustawiłem się ok. 20 metrów dalej w zatoczce dla PKSów. Było już w pół do dziewiętnastej, a przede mną długa droga.</p>
<p>W ciągu godziny bezskutecznego naciskania kciukiem zawieszonego w powietrzu guziczka autostopu, tłumek na przystanku MPK rozrzedził się nieco. W końcu pozostała tam jedynie dziewczyna o wspaniałej sylwetce i długimi nogami i jej chłopak. Z początku machali tylko na busy, potem już na wszystko, co się ruszało. Po kolejnych trzydziestu minutach dołączyła do nich żwawa kobitka w średnim wieku, która robiła wszystko, żeby nie było mnie widać z pędzących 80 km/h aut. Wyłaziła na szosę i co chwilę oglądała się na mnie, czy nadal tam stałem. A ja stałem, myśląc już raczej o tym, czy iść spać za miasto, czy na stację, niż o dalszej drodze. Żałowałem, że nie ustawiłem się od razu tam, gdzie teraz byli oni.</p>
<p>W końcu zatrzymał się tam jakiś TIR, który zabrał zarówno parkę, jak i kobitkę. Kiedy przejeżdżał koło mnie, nie patrzyłem mu w szybę. Nie chciałem widzieć ani zadowolonych, ani współczujących min. Nie chciałem też, żeby w moich oczach zobaczono irytację lub rozczarowanie, nawet maskowane uśmiechem, na który nie chciało mi się silić. Pozostawili mnie w tumanach kurzu pod blaskiem półksiężyca.</p>
<p>Mogłem się teraz przenieść na przystanek MPK. Myślałem, że tego wieczoru już nikt nie będzie łapał okazji. Myliłem się jednak. Konkurencja dopiero się zaczęła. Kiedy już całkiem się ściemniło i w blasku reflektorów i mroku nocy nie dało się dostrzec twarzy kierowców, pojawił się jakiś chłopaczyna, pytając, czy nie widziałem autobusu do Zduńskiej Woli. Bardzo się zdumiał słysząc, że żaden autobus nie przejeżdżał tędy co najmniej od godziny. Mimo to miał nadzieję, że tak zwana „zetka” pojawi się jeszcze i usiłował mnie przekonać do tego, żebym jechał razem z nim. Że niby tam łatwiej mi będzie coś złapać. Stawał ciągle naprzeciw mnie i trajkotał, mimo mojego zdecydowania co do pozostania tutaj i upartego czekania na okazję, mimo mojej niechęci do marnowania ponad trzydziestu minut we wlokącym się autobusie. Dopiero, gdy poprosiłem go, żeby nie zasłaniał mnie kierowcom, usiadł na ławce, nie przestając jednak rysować przede mną olśniewająco optymistycznych scenariuszy autostopowania w Zduńskiej Woli, która była tylko kilka kilometrów stąd, wciąż na tej samej, pechowej dla mnie trasie.</p>
<p>Po chwili zjawił się drugi gość, równie młody. Chytrość wyzierała mu z oczu, gdy rozpytywał nas o to i o tamto, proponował mi jakąś zawiłą drogę przez Częstochowę, myśląc chyba, że zupełnie nie orientuję się w sieci dróg na tych terenach. Jednocześnie łaził tam i z powrotem i kiedy tylko jakieś auto migało kierunkowskazem, by skręcić w znajdującą się tuż za nami boczną alejkę, przerywał wywód i rzucał się w tamtą stronę. Kiedy ktoś nadjeżdżał powoli i obiecująco w naszą stronę, cwaniaczek wyskakiwał tuż przede mnie i machał energicznie. Było jasne, że chce nas wykiwać i wepchnąć się jako pierwszy. Na szczęście nasz towarzysz siedział dalej na przystanku, czekając na swoją „zetkę” i nie brał udziału w przepychankach.</p>
<p>Nie zabrałem manatków i nie poszedłem gdzieś spać tylko dlatego, że zbyt wiele już razy poddawałem się autostopowemu brakowi kultury. Zbyt często współ-łapaczom opłacało się chamstwo i wpychanie się przede mnie, a ja miałem wyrzuty sumienia, że na to pozwoliłem, upewniając zapewne niejednego, że agresywne metody skutkują lepiej niż zwyczajne, kulturalne „cześć” i „powodzenia”, umawianie się na ewentualne dodatkowe miejsce w samochodzie oraz ustawianie się kilkadziesiąt metrów za tym, który stał pierwszy.</p>
<p>Udawałem, że moje bagaże są cięższe niż w rzeczywistości, a ja jestem nadzwyczaj powolny. Poruszałem się powoli, jednocześnie będąc gotów na szybki i zdecydowany manewr. Trwałem tak, oddychając równo, jak samuraj na posterunku. Tymczasem nie wiadomo skąd pojawiło się przed nami młode dziewczę, które, zignorowawszy nas, stanęło dziesięć metrów przed nami i też zaczęło machać. Wciąż byłem zdecydowany wytrwać i pojechać dalej, choćby i do tej Zduńskiej Woli, przepuszczając wyłącznie owo dziewczątko, które w ogóle nie powinno o tej porze tu stać.</p>
<p>Nagle dziewczę złapało osobówkę. Nim cwaniaczek zdążył się zorientować, błyskawicznie, jedną ręką chwyciłem gitarę i plecak i już byłem przy aucie. Wyprzedziłem gościa o dwie sekundy, podczas których zdążyłem zapytać:<br />
- Zmieszczę się i ja?<br />
Dziewczę już bezpiecznie siedziało z tyłu po stronie kierowcy, zaś cwaniaczek wsadził bezczelnie do auta głowę, a za nią pół ciała, próbując przepchnąć się przede mną.<br />
- Pan do Zduńskiej Woli? – zapytał.<br />
Spłoszony nieco zamieszaniem kierowca odparł:<br />
- No tak, ale ci państwo już jadą.<br />
- A, to trudno… &#8211; poddał się cwaniaczek.<br />
- Oby ci się udało zatrzymać kogoś uczciwie – rzuciłem mu, mając jednocześnie gorzką świadomość, że sam wykorzystałem poniekąd owo dziewczę, dla którego zatrzymał się nasz kierowca. Wyrzuty sumienia uspokoiła jednak świadomość, że oprócz mnie, wszyscy mogą wrócić sobie na piechotę do domu i przespać się w ciepłym łóżku, a majowa noc była zimna.</p>
<p>Oprócz nas, w samochodzie jechała też synowa naszego dobroczyńcy. Rozpoczęła dyskusję o autostopie:<br />
- Ja kiedyś brałam ludzi, ale raz mnie jeden człowiek tak przestraszył, że już w życiu nikogo nie zabiorę.<br />
- A co robił takiego? – zapytałem.<br />
- Nooo, autostopowicz to chyba powinien zachowywać się tak, by nie stresować kierowcy, prawda?<br />
- No pewnie. A co w nim było takiego stresującego?<br />
- Nooo, bawiła się jakimś metalowym przedmiotem, nie patrzyłam co to, bo się zestresowałam.<br />
- Może to nie było nic groźnego, tak się bawił, nie przyszło mu do głowy, że może panią zdenerwować na przykład…<br />
- No, ale pan by się nie zdenerwował, jakby się ktoś koło pana w samochodzie bawił nożem czy kastetem?<br />
Chciałem wtrącić, że może to była tylko zapalniczka, ale zauważyłem, że ja sam zaczynam już ją stresować, więc powiedziałem tylko:<br />
- Bardzo bym się przestraszył.<br />
- I jeszcze zapytał mnie czy może zapalić! W moim aucie, no! Po prostu bezczelny był i tyle.</p>
<p>W Zduńskiej Woli dziewczę poprosiło o podwiezienie pod blok.<br />
- Nie rób już państwu kłopotu – wtrąciłem się. – Najwyżej ja cię odprowadzę, żebyś się nie wałęsała w nocy po mieście.<br />
- Nie, dziękuję – roześmiała się. Towarzystwo z przodu również rozbawiła moja kwestia.<br />
- Panu to pewnie o nocleg idzie, nie? – zapytał kierowca.<br />
- Ech… &#8211; zirytowała mnie trochę sytuacja. – Jeśli mam być szczery, to nie lubię prosić kogoś, kto mi wyświadcza ogromną grzeczność i ufa mi, zabierając po zmroku z drogi, o coś takiego jak zawożenie pod dom. Autostop to nie taksówka. Ludzie Drogi – dodałem tajemniczo – powinni radzić sobie tak, żeby kierowca nie musiał zbaczać dla nich z trasy.<br />
- Ee, jak już ten jeden raz kogoś wziąłem, to zrobię dobry uczynek i podwiozę – odparł kierowca. – Sam by pan wolał pewnie, żebym go zawiózł na dworzec, nie?<br />
Zaprzeczyłem uprzejmie i nie odzywałem się więcej, widząc, że mogę być posądzony jedynie o interesowność. Dopiero potem, orzeźwiony świeżym powietrzem nocnego miasteczka, pomyślałem, że to dziewczę nie miało żadnego powodu do tego, by mi ufać. Odprowadzenie do domu mogłem zaproponować normalnej autostopowiczce, a nie dziecku, które miało najwyżej 14 lat i nie powinno w ogóle wystawać po ciemku na szosie, do czego zresztą, jak wynikało z jej opowieści, zniechęcała ją babcia, od której wracała. Kiedy już jednak się tu znalazła, trzeba ją było odwieźć najkrótszą drogą do domu, co też słusznie uczynił kierowca.</p>
<p>Mnie również odwieziono prawie pod sam dworzec. Była tam mała, przytulna poczekalnia, w której wspaniale by się spało, gdyby tylko pozwoliła na to kasjerka. Przypomniałem sobie taki nocleg na dworcu PKS w Lesku kilka lat temu. Czytanie książki przy latarce, cisza, przyjaźnie zdziwieni poranni podróżni, a potem poranna droga przez górskie mgły w głąb bieszczadzkiej krainy. To jednak nie były Bieszczady, a ja chciałem być jak najszybciej w Radomsku. Zdecydowałem się na jazdę za 25 zł. przez Łódź. Nie udało się uniknąć nadrabiania drogi przez tę lokalną metropolię, która górowała nad rozsianymi jak gwiazdy pomiędzy Śląskiem, Wielkopolską a Mazowszem miasteczkami, wsiami, stacjami benzynowymi i motelami. Gdzieś tam wśród nich mieściło się moje poddasze.</p>
<p>Do Łodzi powinienem był trafić już w marcu, kiedy odbywała się Yapa. Powinienem był wtedy poznać jeszcze lepiej ulicę Piotrkowską, ludzi z Zapiecka, yapowy ludek o wielkich sercach, milczących i rozśpiewanych miłośników Boba Dylana i kilka nowych piosenek. Musiałem jednak złożyć daninę bogom wolnego rynku, urządzając się nieopodal przyszłych, ewentulnych jeszcze wówczas źródeł dochodu. I stało się tak, że to właśnie dziś mgliste światełka kamienic mrugały do mnie zza neonów Geanta czy innego Carrefoura, mieszczącego się przy Dworcu Spotkań – Łodzi Kaliskiej.</p>
<p>Dotarłem do Radomska po północy, ok. 13 godzin po tym, jak opuścił mnie Ciq. I tylko ktoś, kto traktuje autostop wyłącznie jako darmowy lub prawie darmowy środek transportu, może rzec, że co najmniej połowa tego czasu była zmarnowana. Mimo, że kląłem w myślach na czym świat stoi, wyczekując ruga godzinę przy szosie lub wykosztowując się na bilet, mimo, że oczy przestały boleć dopiero w nocy i mimo, że na nic już tej nocy nie miałem siły. Teraz, gdy emocje minęły, widzę to, co we mnie zostało po tej wyprawie. A są to same klejnoty, umieszczone w przebogatym i tak skarbcu. Tego, kto powie, że piszę bzdury, zapewniam, że choćby w jakikolwiek sposób robił nawet i tysiące kilometrów, zawsze tylko podróżuje. Nigdy nie jest W Drodze.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/wracanie-wroclawskie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

