Bob Dylan w Warszawie

Silną ekipą z Krakowa (ja i Macieja) i silną ekipą z Chełma (Bartek i Basia) wybraliśmy się na długo oczekiwany show. Kolejka nie była zbyt długa, choć byli tacy, którzy od rana czatowali przy warszawskiej Stodole.Nieprzyjemny personel klubu, przyjemna sala i my, kilka metrów od sceny w zbitej ludzkiej masie. Zaczęło się.

Sześciu ubranych na czarno facetów w kapeluszach, żadnego przywitania, żadnych zapowiedzi, żadnych większych emocji widocznych na scenie, żadnej dynamiki w zachowaniu muzyków. No, może jedynie basista próbował czasem dobrze się bawić, ale gdy zakręcił w pewnym momencie kontrabasem, uspokoił go inny członek zespołu.

Dylan narzekał raz w wywiadzie, że ludzie przychodzą tylko zobaczyć legendę i słuchać piosenek sprzed 30 lat, a nie interesuje ich to, co tworzy tu i teraz. Cóż – jego obecne dokonania ustępują niestety tym najlepszym, trudno zresztą by mu było doścignąć co najmniej kilkanaście dawnych pieśni, które stały się klasyką folku i rocka. Na pewno nie dokona tego w najbliższym czasie za pomocą bluesa, który jest muzyką na całe życie. Nie da się być wirtuozem tego gatunku ad hoc… Na razie najnowszy album, Modern Times wydaje mi sie ciekawszy od poprzedniego, jednego z najgorszych, tylko dzięki oryginalności utworu Nettie Moore oraz świetnym pierwszym taktom Thunder on a Mountain.

Fajnie byłoby zaliczyć koncert z hiciorami, z emocjami, z podłączonym do gitary Bobem, ale każdy artysta ma prawo pokazać to, co robi obecnie, a Dylan tworzy głównie podobne do siebie nawzajem bluesy przeplatane podobnymi do siebie nawzajem quasi-jazzowymi balladkami. Zagrał wszystkie utwory z ostatniej płyty, oprócz wspomnianej Nettie Moore – jedynego, który naprawdę mi się podoba.

Informacja na plakacie brzmiała następująco: “Bob Dylan and his band in show and concert”. Zastanawiałem się przez chwilę czym miało być owo show. Okazuje się jednak, że właśnie show jest tym, co zapamiętałem najbardziej i zostanie mi w pamięci najdłużej. Składał się na nie westernowo-mafijny strój muzyków, a także powściągliwość i statyczność, która – choć nie pozwalała mi wczuć się maksymalnie w muzykę – tworzyła wraz ze wszystkim niepowtarzalny i niezwykle oryginalny klimat całej imprezy.

Do posłuchania – i do obejrzenia! – wyśmienity teledysk do When the Deal Goes Down z niezrównaną Scarlett Johansson. Niestety nie mogę go tutaj zamieścić, zapraszam jednak do obejrzenia go bezpośrednio z YouTube.

Zostaw komentarz