<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Schronisko Myśli &#187; Chicku</title>
	<atom:link href="http://schronisko.art.pl/schronisko/author/chicku/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://schronisko.art.pl/schronisko</link>
	<description>"a jeśli dom będę miał..."</description>
	<lastBuildDate>Sat, 25 Sep 2010 07:11:23 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Będzin</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/bedzin/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/bedzin/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 01 Mar 2009 16:37:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=2017</guid>
		<description><![CDATA[Ciężko było dotrzeć do tego miejsca komunikacją miejską okręgu katowickiego, ale jest. Most, długi, industrialny. I chylące się słońce. &#8220;Pozdrowienia z mieściny słynnej pamięci &#8211; Będzina&#8221; wystukałem na klawiaturze telefonu i już maszerowałem przed siebie. Te wszystkie arteryjne prowadnice uliczne rozcinające to miejskie pustkowie doprowadziły mnie do głównej szosy w stronę Krakowa, zrzuciłem swój plecak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ciężko było dotrzeć do tego miejsca komunikacją miejską okręgu katowickiego, ale jest. Most, długi, industrialny. I chylące się słońce. &#8220;Pozdrowienia z mieściny słynnej pamięci &#8211; Będzina&#8221; wystukałem na klawiaturze telefonu i już maszerowałem przed siebie. Te wszystkie arteryjne prowadnice uliczne rozcinające to miejskie pustkowie doprowadziły mnie do głównej szosy w stronę Krakowa, zrzuciłem swój plecak w kurz pobocza i czekałem mahając ręką na samochody, aż słońce skryło się za horyzont i wszystko spowiło się wieczornym cieniem. I w tym brunantym świetle kominy i balon, unoszący się lekko nad fabrykami. Pomyślałem, żeby chwycić za aparat schowany w plecaku, ale zawahałem się, zresztą to nieważne, balon już był źle, jakoś w bok, zrobił się byle jak, nie o to więc chodzi. Szary szum szosy i ludzie jakby gdzieś pouciekali, dalej było osiedle, ale tutaj żywego ducha, tylko ta ciągła linia pobocza &#8211; Wie pan &#8211; rzekł kierowca samochodu, gdy już siedziałem w środku, dysząc &#8211; wie pan, że w sumie, to nie wolno mi się tutaj zatrzymywać. Normalnie bym się nie zatrzymał, ale widzę, że pan taki biedny stoi na tym poboczu. &#8211; W sumie &#8211; odparłem &#8211; to ciężko było tutaj znaleźć lepsze miejsce &#8211; spojrzałem na ciągnącą się linię, gdy już jechaliśmy, kiwnął głową ze zrozumieniem.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/bedzin/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Próba opisu</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/proba-opisu/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/proba-opisu/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 21:18:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny wierszem]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=2001</guid>
		<description><![CDATA[rozwieszam myśli
pomiędzy tym
co zostało

zrywam je [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>rozwieszam myśli<br />
pomiędzy tym<br />
co zostało</p>
<p>zrywam je</p>
<p>zarzucam mosty<br />
między rzeczami<br />
zrywam je i nie ma w tym<br />
nic złego</p>
<p>stukot moich pociągów<br />
nie ma powtórzenia</p>
<p>otrzepywanie butów<br />
z błota<br />
stępając gładko po ziemi</p>
<p>opróżnianie kieszeni<br />
cyklicznie</p>
<p>różne rzeczy<br />
mówią ludzie</p>
<p>tak<br />
zawsze jestem<br />
przy jednej rzeczy</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/proba-opisu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tekst</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/tekst/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/tekst/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 21:12:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny wierszem]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1998</guid>
		<description><![CDATA[wchodząc po schodach
gmachu nauki
znalazłem się na dachu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>wchodząc po schodach<br />
gmachu nauki<br />
znalazłem się na dachu</p>
<p>z dachu rozejrzałem się<br />
ponad chmurami po okolicy<br />
i ze zgrozą wtedy dopiero<br />
spostrzegłem<br />
że obok stoi gmach znacznie większy<br />
czego nie było widać z ziemi</p>
<p>teraz nawet jeśli chcę<br />
zacząć wchodzić na tamten gmach<br />
muszę zacząć schodzić z powrotem<br />
do ziemi<br />
albo uwierzyć, co jest łatwiejsze<br />
że mój gmach jest najwyższy<br />
i zapomnieć o tamtym gmachu ducha</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/tekst/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Radocyna 2003</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/radocyna-2003/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/radocyna-2003/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 20:47:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny wierszem]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1990</guid>
		<description><![CDATA[na głównej trasie
przestrzałowej
gotujemy zupę
w Radocynie

jest jeden dom
była szkoła [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>na głównej trasie<br />
przestrzałowej<br />
gotujemy zupę<br />
w Radocynie</p>
<p>jest jeden dom<br />
była szkoła<br />
potem ktoś trzymał owce<br />
teraz nie ma okien</p>
<p>pod górę w trawie<br />
wydeptana ścieżka<br />
którą idziemy<br />
do ogniska</p>
<p>w ognisku trzaska<br />
sucha grusza<br />
muchy w konserwie<br />
starodawne miedze<br />
na górach</p>
<p>przez dwie godziny<br />
minęliśmy dwie wsie<br />
to znaczy trzy domy<br />
dwa ruskie cmentarze<br />
dwa austriackie<br />
i kilkanaście przydrożnych<br />
krzyży</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/radocyna-2003/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Cisna</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/cisna/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/cisna/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 20:03:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1987</guid>
		<description><![CDATA[A w Cisnej był późny wieczór lub sama noc. Znużenie trzymało mnie w środku, na zewnątrz zaś była tylko nocna mgła i szosa w stronę południową. Ostatnie domy Cisnej. Skręciłem w stronę trawy, rosa. Za drzewami, za pokrzywami leżał kawał tektury, akurat na długość dwóch metrów. Zawinąłem się w śpiwór, pałatkę i poszedłem spać.
-Stopa nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>A w Cisnej był późny wieczór lub sama noc. Znużenie trzymało mnie w środku, na zewnątrz zaś była tylko nocna mgła i szosa w stronę południową. Ostatnie domy Cisnej. Skręciłem w stronę trawy, rosa. Za drzewami, za pokrzywami leżał kawał tektury, akurat na długość dwóch metrów. Zawinąłem się w śpiwór, pałatkę i poszedłem spać.</p>
<p>-Stopa nie chcą brać &#8211; mówię do kierowcy.<br />
-A co będą sobie na głowę problem sprowadzać? &#8211; pyta pasażer. &#8211; Po co im to?<br />
-Boją się &#8211; dopowiada kierowca. &#8211; Do Cisnej? &#8211; pyta po chwili.<br />
-Tak.<br />
W Cisnej jest Siekiera &#8211; jak na lokalną knajpę wołają niektórzy. Tłok i piwo. Zaszyję się gdzieś w kącie &#8211; myślę.<br />
Jedyny trzeźwy stałem i patrzyłem po ludziach. Spopod mgły wzroku mało kto mnie dostrzegł. Mogłem stać do woli. Aż do znużenia. By wyjść wreszcie, gdy zacznie się przerzedzać, by nie pogonił mnie nikt śpiącego w kącie.<br />
Zaraz wcześniej zabrali się wszyscy poeci i muzycy. To był ich dzień, więc wiedzieli kiedy wyjść, by się nie podlić. Są pewne granice.<br />
Jeden tylko poeta ostał się na noc w budce przed Siekierą, wraz z brodatym Rychem. Świeciło się światło.<br />
Snułem się szukając miejsca na sen. Spokojnie dopiero za Cisną w stronę południową. Noc zimna. Śniło mi się jabłko.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/cisna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>to był ciepły dzień</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/to-byl-cieply-dzien/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/to-byl-cieply-dzien/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 19:56:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1984</guid>
		<description><![CDATA[Kościan nie jest dużym miastem, nie wiem nawet jak wygląda, stoje gdzieś na rubieżach, ciemno. W tym miejscu rozpoczyna się pobocze, to najlepsze miejsce, żeby łapac samochód. Jest wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoi lampa, za mną jeszcze dwie i koniec &#8211; czarna głębia, w którą wbija się szosa do Leszna i dalej &#8211; do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kościan nie jest dużym miastem, nie wiem nawet jak wygląda, stoje gdzieś na rubieżach, ciemno. W tym miejscu rozpoczyna się pobocze, to najlepsze miejsce, żeby łapac samochód. Jest wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoi lampa, za mną jeszcze dwie i koniec &#8211; czarna głębia, w którą wbija się szosa do Leszna i dalej &#8211; do Wrocławia.<br />
Kościana nie widać. Oprócz tych kilku domków, tam, w oddali. I drzewa. Kilometr wcześniej jest zjazd do miasta. Za mną pordzewiała siatka i jakaś opuszczona posesja. Widzę &#8211; stoi tam stara potłuczona szklarnia, dokładnie nie widać.<br />
Nie ma jeszcze mroku, choć niebo jest granatowe. Na zachodzie jeszcze jakieś czerwone prześwity na niebie i ta lampa po drugiej stronie drogi. Macham.<br />
Samochodów niedużo, od czasu do czasu przejedzie jeden lub dwa. Noc mogę przespać gdzieś tutaj po kątach tej szklarni, chociaż byłoby to straszliwe. Nie dlatego, że bałbym się czegokolwiek. Byłoby po prostu niesamowicie smutno.<br />
Myślę sobie, żeby zajść do Kościana na stację PKP, zatrzymuje się tutaj pośpieszny z Wrocławia do Poznania (wiem &#8211; staje w Obornikach Śląskich, Żmigrodzie, Rawiczu, Lesznie, a potem w Kościanie). Osobowy też się zatrzymuje, chociaż pośpiesznym byłoby lepiej, około pół godziny pewnie, może mniej. Pewnie mniej &#8211; do Poznania. Wrócić.<br />
Nie. Trochę smutno. Tak będzie lepiej, ale zatrzymuje się furgonetka. Biegnę ile sił. Wsiadam. I już &#8211; jedziemy.<br />
-Dokąd jedziesz? &#8211; pyta kierowca.<br />
Patrzy na tabliczkę, którą położyłem obok siebie na siedzeniu. Pewnie nie dojrzał w mroku na zewnątrz.<br />
-Warszawa? &#8211; pyta zaskoczony.<br />
Wertuję tabliczkę na drugą stronę i puknąwszy palcem w widniejący tam napis, mówię:<br />
-Wrocław.<br />
-Ja tylko do Leszna.<br />
-W porządku.</p>
<p>*</p>
<p>Jadę autobusem. Poręcze skrzypią, pojazd podskakuje na wertepach. Jest wieczór kwietniowy, za oknem ciemno i brunatno od miejskich lamp. To Wrocław. Rzecz dzieje się we Wrocławiu.<br />
Siedzę przy oknie. Wieje, rozglądam się &#8211; uchylony lufcik. Ciepła noc, pachnie, jest cicho. Zmęczona młodzież. To zazwyczaj studenci, wsiadają na przystankach, wysiadają, jest ich coraz mniej &#8211; autobus pustoszeje w miarę jak zbliżamy się na peryferia. Jest godzina 22:30.<br />
Nikt nie rozmawia, wcześniej ktoś rozmawiał, ale już wysiadł. Zadzieram głowę do góry &#8211; klapa w suficie również jest uchylona, dzisiaj to był ciepły dzień. Czuję jak wzbiera we mnie poezja&#8230;<br />
Wysiadam na moim przystanku. Noc wciąż jeszcze pachnie, idę radośnie, acz żwawym krokiem. Okolica jest pusta, to zwyczajny wieczór roboczego dnia. Dochodzi dwudziesta trzecia.<br />
Mam sucho w gardle. Doskonale wiem czego mi brakuje. Wiem czego. Wchodzę do domu. Nikt mnie nie wita.<br />
To jeszcze nie jest ten dom.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/to-byl-cieply-dzien/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>wniebowstępywanie</title>
		<link>http://schronisko.art.pl/schronisko/wniebowstepywanie/</link>
		<comments>http://schronisko.art.pl/schronisko/wniebowstepywanie/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Feb 2009 19:49:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Chicku</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pisaniny prozą]]></category>
		<category><![CDATA[chicku]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://schronisko.art.pl/schronisko/?p=1978</guid>
		<description><![CDATA[Nie jest to jakaś nadzwyczajna prawidłowość, że czasem trzeba zapłacić. Wszystko dzieje się zupełnie naturalnie. Jeśli idziesz do lasu po to tylko, by posłuchać swoich wymysłów, ciężki to będzie las i nie oderwie się kula tego czasu od skrawków twojej koszuli, rwąc ją i taszcząc się krok w krok za twoimi butami. W moim teraz [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie jest to jakaś nadzwyczajna prawidłowość, że czasem trzeba zapłacić. Wszystko dzieje się zupełnie naturalnie. Jeśli idziesz do lasu po to tylko, by posłuchać swoich wymysłów, ciężki to będzie las i nie oderwie się kula tego czasu od skrawków twojej koszuli, rwąc ją i taszcząc się krok w krok za twoimi butami. W moim teraz przypadku przejawia się to bólem głowy. Boli za uszami, z tyłu, wszędzie tam &#8211; boli. To jest cudna mądrość natury, już w ten sposób musi mnie podchodzić i &#8211; jeśli nie poderwę się nagle, ciągnąć mnie będzie w dół i głębiej, głębiej, póki nie wyprostuję kolan i nie stanę na swoim. Powiedziałem &#8211; nie jest to NADZWYCZAJNA prawidłowość, zupełnie prosta sprawa, naturalna zupełnie i nie dziwi mnie ani kszty, że jeśli chodzi się do lasu po to, by słuchać swoich fantazji, swoich ego-fantazji a nie SIEBIE, który ukryty głęboko pod jakimś błędnym kołem, tak się kończy. U mnie teraz bólem. Nie widać nic z tego lasu, wszystko jak za mgłą, wszystko ocieka ciemiężnie, straszliwie i ciężko, i mimo że niebo jest błękitne, nie ma, nie ma nic. U mnie ten cudowny mechanizm zapłaty posunięty jest ponad wszelką subtelność i ciężkim kołem łamie mi kości. Tak trzeba. Wszystko jest tutaj cudownie wyliczone tak, by lufcik, który mi pozostanie, mienił się ledwo, powiedzieć można, że nie ma go, że jest uchem igielnym i NIC nie jestem w stanie poradzić, podczas gdy jest zupełnie inaczej i ja wiem o tym, to jest moje błogosławieństwo, że wiem. Że mogę, jeśli chcę &#8211; wyskoczyć z tego koła błędnego i pognać wysoko do góry, do nieba, do błękitnego.<br />
Wiosna. Nie ma jeszcze liści na bukach i dębach, ani na innych liściastych drzewach, ale świerki skrzą się ciemno-zielonymi igłami, świeżymi jakby, chociaż starymi jak rok, przed miesiącem uśpionymi jeszcze pod grubą warstwą śniegu, teraz zaś roziskrzającymi zielonością błękitne przestrzenie nieba, które ponad nimi i niebiesko-popielate domeny przedwiosennego lasu, wyścielonego suchymi jak pieprz i szeleszczącymi z całej swojej siły jasno-granatowymi liściami dębu.<br />
Mnie ciekła krew po wszystkich rękach, plecach, pod kurtką, koszulą, po nogach do butów, na ziemię. Od głowy. Oczami, nosem i z gardła. Może to straszne, ale tak było. I oczy zamglone tak&#8230; Nie był to dobry czas, żeby upaść na liście, czy na trawę &#8211; nie był to dobry czas, żeby spocząć pod drzewem, lub rozłożyć ręce i patrzeć w niebo, albo śpiewać. Próbowałem śpiewać, ale moje gardło nie miało siły, żeby ułożyć głos w naturalnych tonacjach melodii, którą starał się nieść. Nawet nie siliłem się, żeby go ku temu przekonać. Nie był to dobry czas.<br />
Szelest liści pod mokrymi butami. Była tam podmoknięta łąka. Usiadłem przy biurku i zapaliłem świeczkę. W domu. W ścianach, godzina czternasta. Półmrok w moim północnym pokoju. Wyjąłem z kieszeni kawałek żywicy i włożyłem do małego aluminiowego pojemniczka, przebiłem go śrubokrętem i nadstawiłem nad płomyk tak, że żywica zaczęła bulgotać od spodu, zmniejszać się i zamieniać w płyn, który wypełnił pojemnik. Pokój rozpachniał się jak drewniana chatka, w której piecu trzaskają klocki świerku, przygotowane wcześniej w drewutni z tyłu domu. Tutaj nie było drewutni, tylko ten zapach, jak w leśniczówce w środku lasu.<br />
Żywica zaczęła kipieć i przelała się, pociekła po zboczach świeczki, na których zastygła zaraz ciemno-brązowymi smugami.<br />
Postawiłem pojemnik obok, wyjąłem śrubokręt i sięgnąłem po kubek kawy.<br />
Co jest moim największym marzeniem? Żeby wejrzeć. Żeby wejrzeć i widzieć. Czarne fusy zazgrzytały mi między zębami, gorzko. CO widzieć? Prawdziwie zobaczyć się nie da NICZEGO oprócz samego siebie. Można oglądać drzewa, ale nie można poczuć drzewa. Można oglądać słońce, ale &#8211; jak poczuć słońce? Można się nim zachwycać, ale nie można być słońcem. Nie można być wiejską śródpolną spokojną szosą po horyzont, nawet tą ciepłą, taką, na której położyć się, rozłożyć szeroko ręce, przylgnąć, ani ziemią pachnącą, ani łąką, w którą można wniknąć cudownie, ucałować, kąpać się w trawach, ale nigdy BYĆ nimi. Nigdy. Bo one nie są człowiekiem. Są cudem, ale nie są człowiekiem. Z człowiekiem bowiem jest inaczej; można znaleźć lukę, maleńką lukę, maleńkie oczko i wyskoczyć na zewnątrz, wyskoczyć z błędnego koła, w którym się tylko płaci &#8211; powietrzem, krwią, która po plechach, brzuchu, nogach, leje się do butów i dziurami w podeszwie wlewa się do ziemi. Płaci się również mgłą za oczami, mgłą przed oczami i w głowie, i &#8211; pomiędzy drzewami, wszędobylską popielatowością się płaci, lepiej wychynąć.<br />
W trawę wychynąć się nie da. Ani w las. Ani nawet w góry. Ani w małe beskidzkie wioski, ani w drewniane cerkiewki, ani w park i w ławki. Wszędzie tam jeśli wychynąć i &#8211; wszędzie tu &#8211; jeśli wychynąć &#8211; to tylko w siebie. Nie ma różnicy &#8211; gdzie. Zawsze jest bowiem jeden tylko kierunek &#8211; w siebie. I drzewa wydają się tą prawidłowość wspaniale rozumieć, rozmywają się we mgle, gdy starać się je poczuć, roziskrzają się natomiast wówczas, gdy starać się poczuć siebie &#8211; i stawia się krok poprzez ucho igielne. Rozstępują się chmury i las wypełnia się jaskrawością.<br />
To tak jakby podniosła się mgła i wyszło słońce. Wszystko robi się kryształowo-przejrzyste&#8230;</p>
<p>2004</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://schronisko.art.pl/schronisko/wniebowstepywanie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

